Dziennik Gazeta Prawana logo

Komórka to antyk

2 czerwca 2013, 19:45
Ten tekst przeczytasz w 11 minut
telefon komórka
Komórce "stuknęło" 40 lat /Shutterstock
Cały czas zaliczamy mobilną telefonię do nowych technologii. Mało kto pamięta, że popularnej komórce stuknęło niedawno 40 lat

Kosmita nagle pojawił się w samym centrum Manhattanu, gdzieś w połowie Szóstej Alei, o krok od najsłynniejszych galerii handlowych świata. W ręce trzymał wielkie, ciężkie białe urządzenie o długości ponad 25 cm, zwieńczone sporą czarną i grubą antenką. Wcisnął kilka przycisków umieszczonych na cegle i przekrzykując uliczny hałas, powiedział do niej: „Joel? Tu Marty. Dzwonię do ciebie z telefonu komórkowego. Prawdziwego przenośnego telefonu komórkowego!”.

Wychwalając nowoczesne technologie i wynalazki XXI wieku, ciągle potrafimy zaliczyć do nich komórki. Tymczasem kilka tygodni temu stuknęła im czterdziestka. Co więcej, żadna moda, żadna choroba, żaden inny wynalazek nie rozprzestrzenił się tak szybko: dziś posiada je już ponad 6 mld osób. Oznacza to, że 87 proc. ludzkości jest nosicielami – przenośnych aparatów telefonicznych. Niektórzy nawet kilku naraz.

Martin Cooper, kosmita z Manhattanu, na początku lat 70. był jednym z inżynierów Motoroli (potem został jednym z jej wiceprezesów). Dla niego krótka rozmowa przeprowadzona na Szóstej Alei była bardziej osobistym triumfem w technologicznym wyścigu z szefem laboratoriów Bella, Joelem Engelem. – Naszym celem było zwycięstwo w tej walce. I wygraliśmy ją z korzyścią dla wszystkich konsumentów – wspominał po latach. Ale jak przyznaje, jednocześnie chodziło o coś więcej: o misję. – Myślę, że technologie bezprzewodowe mają szansę rozwiązać całą masę naszych problemów. Ba, wierzę, że poradzą sobie nawet z biedą na świecie – zapewniał.

Cóż, cztery dekady temu niewiele na to wskazywało. Kilogramową cegłę – aparat o nazwie DynaTAC – z trudem dało się dłużej utrzymać jedną ręką przy uchu, a jego bateria wystarczała zaledwie na 20 min. Nawet sam Cooper nie zapamiętał dokładnie treści pierwszej rozmowy (nie była nią pogawędka z Engelem), tak jak było to w przypadku telegrafu czy telefonu stacjonarnego. Ale też treść tej rozmowy nie była zanadto spektakularna, było to coś w stylu: „Dzwonię, żeby sprawdzić, czy dobrze mnie słyszysz”.

Największą barierą, jaką w tamtej chwili musieli pokonać inżynierowie, była nieufność wobec technologii, która wcześniej najprawdopodobniej krążyła po wojskowych ośrodkach badawczych, a teraz miała trafić do zwykłych ludzi. W czasach kiedy wynalazki torują sobie drogę na rynek w ciągu kilku miesięcy, trudno to sobie wyobrazić, ale od pionierskiego połączenia z laboratoriami Bella do pojawienia się pierwszych komórek w sklepach upłynęło aż... 10 lat. Dopiero w 1982 r. Federalna Komisja Telekomunikacji (Federal Communications Commission) zaaprobowała tworzenie systemów mobilnej komunikacji oraz przydzieliła im stosowne częstotliwości analogowe.

Cegła i kociaki w bikini

Rok później klienci mogli ustawić się w kolejce po pierwszą komórkę. Ale tłumów nie było: aparat DynaTAC 8000X kosztował zaporowe 3995 dol. (dziś byłoby to niemal 9 tys.). Właśnie ten model zyskał przydomek, który trafił do języka potocznego jako synonim dużego i nieporęcznego urządzenia: cegła („brick”). W obudowie umieszczono dwadzieścia przycisków, antenka była dłuższa i większa niż w prototypie, a bateria wystarczała na zawrotne pół godziny użytkowania (po 10-godzinnym ładowaniu oczywiście).

Nic dziwnego, że telefon przypadł do gustu tym, którzy mieli ambicję władać światem. W filmie „Wall Street” z 1987 r. cegła jest atrybutem demonicznego Gordona Gekko. – Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz! Masz zdobyć te informacje! – wrzeszczy finansista na podwładnego maklera, stojąc na oceanicznej plaży w eleganckim szlafroku. Jego partner biznesowy – tu Terence Stamp – sięga po cegłę, jednocześnie sprawdzając notowania na przenośnym komputerze o wyglądzie zbliżonym do mikrofalówki, u brzegu basenu, w którym kąpią się wbite w bikini kociaki.

W latach 80. komórka była symbolem życia elit – niedostępnym dla zwykłych zjadaczy chleba, kosztownym gadżetem, którego usprawiedliwieniem była konieczność śledzenia wydarzeń na bieżąco.

I choć każdy kolejny aparat oferował coraz więcej funkcji, był ciut tańszy, a jego bateria wystarczała na coraz dłużej – do końca lat 80. dominujące na rynku modele kosztowały 2–3 tys. dol. i wciąż zamykane były w obudowach przypominających niezgrabne pudełka na cygara. Przełomem był wypuszczony na rynek w 1989 r. nowy model Motoroli – MicroTAC. Pierwszy mniej więcej płaski aparat posiadał już znacznie dyskretniejszą antenę, a jego klawiaturę zasłaniała gustowna klapka. Tylko cena została po staremu: 3 tys. dol.

Postępu nie dało się zatrzymać. U progu lat 90. ceny zaczęły schodzić poniżej tysiąca dolarów, telefony zaś stawały się coraz wymyślniejsze. Zapomniany dziś już nieco model IBM – Simon Personal Communicator – może uchodzić za pierwszego smartfona. W 1993 r. klawiatura wyświetlana na ciekłokrystalicznym ekranie była absolutnym novum pokazywanym na każdych targach nowych technologii i powszechnie pożądanym przez klientów: choć aparat kosztował niebagatelne 899 dol. (w ciągu dwóch lat udało się zmniejszyć tę cenę do ok. 600), twórcy z IBM sprzedali aż 50 tys. sztuk Simona.

Kolejnym novum, które w tym czasie pojawiło się w aparatach, były krótkie wiadomości tekstowe. Dziś jest to najpopularniejsza aplikacja służąca ludziom do komunikacji – co sekundę ludzkość wysyła sobie 193 tys. SMS-ów. Jednak u progu lat 90. była to nowinka znana inżynierom z laboratoriów i przystosowana przede wszystkim do potrzeb popularnych wówczas pagerów. 160 znaków musiało wystarczyć, by przesłać sobie konieczne informacje biznesowe, złożyć świąteczne życzenia, potwierdzić lub odwołać spotkanie czy – o zgrozo – wyznać miłość.

Ten moment w historii telefonii komórkowej Polacy zapamiętali najlepiej. Paskudnie duże – jak na dzisiejsze standardy – aparaty Motoroli kosztowały co prawda spore pieniądze, ale za to raz naładowane akumulatory wytrzymywały nawet tydzień średnio intensywnego wydzwaniania. Pionierów telefonii komórkowej dosyć szybko na naszym rynku – jak i na całym świecie – zaczął wypierać późniejszy gigant branży: fińska Nokia. To model 5110 z 1998 r. po raz pierwszy przebił magiczną granicę 3 godzin rozmów na jednej baterii. Co więcej, posiadał też możliwość wymiany obudowy na inne warianty kolorystyczne. I co najważniejsze: wraz z nim zadebiutowała gra „wąż”, rozrywka, która wyparła windowsowego pasjansa i wypełniła właścicielom długie godziny w poczekalniach gabinetów lekarskich czy urzędów.

Pojawienie się tej niepozornej gierki oznaczało rewolucję: telefon z narzędzia komunikacji zaczął się stawać centrum rozrywki. Wizerunek komórki jako gadżetu finansistów i polityków zaczął się nieubłaganie zmieniać: młodszy o rok model 7110 Nokia doposażyła w pierwszy wariant przeglądarki internetowej w standardzie WAP, a na dodatek wcisnęła go do rąk Neo, bohatera trylogii „Matrix”, który zasuwaną klapkę zamykał z demonstracyjnym, dynamicznym trzaśnięciem, które sprawiało, że 7110 (ksywka „banan” ze względu na zakrzywiony kształt) stał się symbolem rewolucji.

Nadchodzi przyszłość

Kolejną dekadę naznaczył wyścig na kształty – im mniejszych gabarytów, tym lepiej; kolory – im więcej wariantów obudowy, tym lepiej; rozdzielczość – im większa w przypadku wyświetlaczy i obiektywów wmontowywanych aparatów fotograficznych, tym bardziej pożądane przez klientów. Laur w tej dziedzinie przyznaje się Motoroli, której RAZR V3 (w zasadzie chodzi o angielskie „razor”, czyli „brzytwa”) w 2004 r. na głowę bił konkurencję.

Ale najważniejsi gracze w tej bitwie tak zapamiętali się w wyścigu, że w 2007 r. przegapili kolejny przewrót. „Hello” – brzmiało hasło przewodnie reklamówki wyświetlonej w stacji ABC podczas oscarowego wieczoru. W krótkim spocie przewijają się bohaterowie największych hitów kinowych, którzy odbierają telefon, wypowiadając to krótkie powitanie. Na koniec plansza: „Hello. Coming in June” („nadchodzi w czerwcu”). Oto na Ziemi wylądował iPhone.

Przywołując historię kolejnych telefonów, eksperci nie wymieniają funkcji iPhone’a. Mówią o nim po prostu „game changer” – zmieniający zasady gry. O tym urządzeniu – bo trudno je nazywać już telefonem – napisano do tej pory kilkadziesiąt książek, w tym również traktujących o jego artystycznych walorach czy chorobach psychicznych związanych z użytkowaniem aparatu. Dość powiedzieć, że branża nie widziała jeszcze setek ludzi wyczekujących przed salonami na kilkadziesiąt godzin przed premierą nowego modelu, a klienci nie widzieli jeszcze liczących po kilkadziesiąt stron rachunków telefonicznych (w rekordowym przypadku Justine Ezarik otrzymała pudełko zawierające 300-stronicowy billing zawierający m.in. szczegółowe wyliczenie wszystkich danych, jakie ściągnęła z sieci za pomocą swojego cacka).

Sztuczki, które jeszcze dekadę temu były chlebem powszednim branży – walka na najniższe ceny, najmniejsze gabaryty, kształty i materiały jak w luksusowych samochodach – z dnia na dzień stały się passe. Multimedialne centrum zamknięte w obłym i – wydawałoby się niezbyt atrakcyjnym pudełku – pozwoliło Apple’owi stać się najwyżej wycenianą przez giełdę firmą świata (ostatnio spadła na 2. pozycję) i odesłać potentatów branży na zieloną trawkę – Motorola upatruje dziś jedynej szansy na przetrwanie w przejęciu przez Google, a Nokia w sumie zwolni w ramach restrukturyzacji ponad 24 tys. pracowników i warta jest może czterdziestą część tego, co Apple, a agencja ratingowa Moody’s uznaje akcje firmy za papiery śmieciowe. Taka jest cena gapiostwa.

Zwijana komórka

Są dwie sfery, o których dużo ostatnio mówię, i wierzę, że technologie bezprzewodowe wywrą na nie wielki wpływ: technologie medyczne i sieci społecznościowe – mówi po latach Martin Cooper. – Wydajemy dziś prawie 20 proc. PKB na leczenie chorób i wcale nie wykonujemy tu świetnej roboty. Technologia to poprawi. Zamiast jednego fizycznego badania raz do roku, będziesz w stanie badać się co minutę za pomocą sieci sensorów, której elementem będzie komórka – twierdzi legenda branży. To samo jeśli chodzi o prowadzenie biznesu. – Będziemy kierować spółkami dziesięć razy efektywniej – zapowiada. Podobnych rewolucyjnych zmian Cooper spodziewa się w systemie edukacyjnym, który będzie w stanie dostarczyć uczniom i studentom dowolnych informacji w każdej chwili.

Tyle wizjoner. Analitycy z branży mają nieco bardziej przyziemne oczekiwania – ale wciąż brzmiące niczym fragment filmu science fiction. Kolejne lata mogą zmienić choćby kulturę pisania na telefonie: od wirtualnych klawiatur na ekranach smartfonów i najwygodniejszej z klasycznych klawiatur zamontowanej w telefonach Blackberry do technologii śledzących ruch źrenic użytkownika oraz podążających za jego wzrokiem i gestami. Za zapowiedź tych zmian uważane są szumnie zapowiadane okulary Google oraz bransoleta firmy Myo, która pozwala na użytkowanie komputera bez dotykania go.

Podobnie jak stało się to w przypadku komputerów, również urządzenia mobilne zaczną w przyspieszonym tempie zwiększać moc obliczeniową. Oznacza to, że coraz częściej zaczniemy ich używać do oglądania filmów i – generalnie – ściągania danych. Zgodnie z analizami dochody z przesyłu danych w ciągu pięciu najbliższych lat powinny przewyższyć te, które firmy uzyskują z łączenia rozmów. Inną konsekwencją tego rozwoju może się też stać interaktywne, automatyczne komunikowanie się aparatów komórkowych z pozostałymi otaczającymi nas urządzeniami – tak w domu, jak i w przestrzeni publicznej. Chodzi zarówno o diagnostykę medyczną, o której wspomina Cooper, jak i bardziej prozaiczny przepływ informacji – jak np. bieżąca informacja o zwalniających się miejscach parkingowych w centrum miasta. Eksperyment z systemem usprawniającym poruszanie się w przestrzeni publicznej prowadzony jest m.in. w hiszpańskim Santanderze.

Koniec końców rewolucja może czekać design i fizyczną formę telefonów. Projektanci aparatów wiążą wielkie nadzieje z grafenem – najcieńszym materiałem, jaki kiedykolwiek wynaleziono, a zarazem najtwardszym i najbardziej elastycznym. Pierwsze prototypy superlekkich i dających się swobodnie zginać aparatów już powstają i jak tak dalej pójdzie, wkrótce obijający się po kieszeniach letnich spodni przyciężkawy smartfon może zostać zastąpiony przez znacznie mniejszą komórkę, którą po rozmowie będzie można zwinąć i wetknąć do pudełka po zapałkach. I nawet jeśli wizje te wydają się nieco na wyrost, pamiętajmy – chodzi o biznes warty 800 mld dol. rocznie. A taka suma potrafi sprawić, że wizje z „Odysei kosmicznej” Stanleya Kubricka stają się rzeczywistością, o czym pewnie jeszcze nie raz się przekonamy.

Trudno w to uwierzyć, ale od wynalezienia telefonu komórkowego do debiutu na rynku minęło aż 10 lat

Telefony komórkowe mają przed sobą świetlaną przyszłość: chodzi o biznes wart 800 mld dol. rocznie

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj