"CSI: Mordercze zamiary"
Telltale Games, dystr. Ubisoft Polska
PC [także X360], fonia GB, napisy PL, PEGI: 16+

Satysfakcja 6/10
Grafika 5/10
Dźwięk 7/10



Adaptacja „Kryminalnych zagadek Las Vegas” dysponuje oczywiście nowoczesnym laboratorium. Jest firmowy sprzęt do analizy materiałów audio i wideo, identyfikowania substancji chemicznych bądź odcisków palców. Starzeje się za to technologia wykonania gry. Gdy w 2006 roku firma Telltale przejmowała serię „CSI” od studia 369 Interactive, był to niewątpliwy postęp. Rysowaną w niskiej rozdzielczości grafikę zastąpiono skalowalną trójwymiarową. Oprawa wizualna była jednak, cóż, na możliwości firmy Telltale znanej z serii „Sam and Max” – czyli mało szczegółowa. Po czterech latach niewiele się zmieniło. A przecież gra, w której jako dochodzeniowiec musimy wyłuskiwać z otoczenia ważne dowody, wymaga innej konwencji wizualnej niż zabawna „Tales of Monkey Island”, której wystarczał styl kreskówkowy.

Wydawca „CSI” Ubisoft zadbał, by w nowej grze pojawił się rozpoznawalny Laurence Fishburne, który dołączył do telewizyjnej obsady w dziewiątym sezonie serialu. Jego kopia jednak – tak jak innych pracowników CSI – jest nieco woskową wypadkową starań projektantów i ograniczeń silnika gry. Może już czas na poważną modernizację zamiast kosmetycznych zmian.

Łamigłówkowy kryminał tradycyjnie zleca rozwikłanie pięciu kryminalnych spraw, przy których znani z serialu specjaliści asystują graczowi, nowo przyjętemu pracownikowi CSI. Jak przystało na Vegas, wydarzenia kręcą się wokół pracownic nocnych klubów, rozrywkowych przybyszów z daleka, macherów od sportów walki i gwiazd na odwyku. Rozgrywka jest inna niż w klasycznych grach łamigłówkowych. Przede wszystkim nie ma tu łamigłówek per se. Trudno oczekiwać po analitykach śladów z miejsca zbrodni, że zapuszczą się w jakieś ukryte podziemia, trafiając na wyrafinowane mechanizmy i układanki do rozgryzania. Składanie potłuczonego naczynia, narzędzia mordercy, jest tu śmiesznie łatwe, podobnie jak dopasowywanie do siebie fragmentów łańcucha DNA. Zbieranie tych subtelnych śladów również nie nastręcza wyzwań, trzeba tylko wykazać się cierpliwością w przeczesywaniu wskaźnikiem myszy każdego zakątka związanych ze sprawą miejsc. Liczba takich obszarów oraz osób do przesłuchania jest niewielka, za to czeka nas mnóstwo pracy z już zebranymi śladami i niezła zabawa z logicznym budowaniem z tych puzzli spójnych hipotez. Na każdym nowym przedmiocie warto poszukać odcisków, śladów krwi bądź innych substancji, by następnie w laboratorium spróbować powiązać je z informacjami zdobytymi wcześniej (po drodze zaglądając do lekarza, który przeprowadził autopsję ofiary). Skojarzenie podejrzanego z miejscem lub narzędziem zbrodni jest podstawą do zdobycia nakazu jego przesłuchania, pobrania DNA bądź odcisków – i tak dalej. To mrówcza, wymagająca konsekwencji praca; zwolennicy zwiedzania egzotycznych wysp bądź ratowania świata przed spiskiem tajnych stowarzyszeń będą ziewać.

Na liście drobnych zmian wprowadzonych od czasu gry „CSI: Niezbite dowody” („CSI: NY” nie liczę, bo była innego autorstwa i typu) najciekawszą jest konfrontacja kłamliwych zeznań podejrzanych z wiedzą dochodzeniową. Jest coś przyjemnego w przygwożdżeniu delikwenta trafnie wybranym z listy dowodem. Premiując używanie głowy, a nie strzelanie w ciemno, gra podsuwa marchewkę w postaci cenzurki za spryt. Oceniane są również dokładność w przeczesywaniu miejsc zbrodni i przemyślane korzystanie z laboratorium. Jeśli mamy gorszy dzień i zaspane neurony nie chcą iskrzyć, można włączyć system naprowadzania na właściwy trop przez służących radą koleżanki i kolegów. Dla zupełnych nowicjuszy jest też samouczek, wyczerpujący jak bieg maratoński.