Jest 1920 rok, ruswieckie wojska okupują pół Polanii, której rząd prowadzi negocjacje pokojowe. Część oficerów walczy jednak na własną rękę, nie wierząc, że politycy coś osiągną. Na czele ruchu oporu stoi Lech Kos. To człowiek, który jest gotów zapłacić każdą cenę za pokonanie wroga. Nawet, jeśli będzie to okupione krwią żołnierzy i cywilów. Inną filozofię wyznaje jego siostrzenica, Anna Kos, która przede wszystkim chce zadbać o cywilów... I choć pragnie pokonać Ruswietów, to nie za cenę swojego człowieczeństwa. To losy tych dwojga bohaterów, w połączeniu z demonicznym pułkownikiem Zubowem stanowią kanwę opowieści. Fabuła 1920 jest napisana naprawdę dobrze. Nie chcę zbyt wiele o niej pisać, bo lepiej, byście sami odkryli to, co przygotowali dla nas twórcy, a bez spoilerów nie da się opisać kilku przełomowych momentów w grze. Na pewno jest tak dobrze poprowadzona jak w "World in Conflict: Soviet Assault", czy w "Company of Heroes 2".

Reklama
Iron Harvest / dziennik.pl

Mówiąc o Company of Heroes... Iron Harvest to wierny klon tej doskonałej strategii (co zresztą nie dziwi, bo wydawca jest właścicielem studia, które dało nam tę doskonałą grę). Cała mechanika jest dokładnie ta sama - po mapie rozmieszczone są punkty surowców, które trzeba kontrolować, by zapewnić sobie dopływ żelaza i paliwa. Z tych zasobów tworzymy piechotę i mechy. Mamy też ograniczoną ilość miejsca na jednostki - możemy więc stworzyć armię opartą na licznej piechocie albo taką złożoną z kilku mechów, wspartych oddziałami naprawczymi. Nasze oddziały mogą się kryć za murkami czy głazami, zyskując ochronę przed ogniem przeciwnika, a po poległych wrogach są w stanie zebrać broń, zmieniając swój rodzaj - np piechota po podniesieniu saperek, staje się saperami. Decyzje takie trzeba podejmować szybko, bo broń, pozostała po wrogach szybko z planszy znika.

Oddziały tworzymy w dwóch budynkach - koszarach i warsztacie, a po "awansowaniu" budynków na wyższy poziom, dostajemy dostęp do potężniejszych jednostek, możemy więc od razu - bez zdobywania broni na wrogu - tworzyć jednostki kaemistów czy budować artylerię.

Iron Harvest / dziennik.pl

Jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, to na najniższym poziomie trudności komputer jest przewidywalny - atakuje tylko kilkoma trasami, raczej ignoruje punkty zasobów (chyba, że są na drodze jego oddziałów), łatwo też wyciągnąć część jednostek przeciwnika z bazy i je odstrzelić, a nasi specjalni bohaterowie przerabiają Ruswietów na mielonkę. Nawet nie trzeba zbytnio się starać. Jeśli jednak podkręcimy poziom, to już tak łatwo nie jest. Wróg staje się podstępny i zdradziecki, potrafi atakować z kilku kierunków na raz, zdobywa nasze punkty zasobów, a bez używania umiejętności specjalnych zwycięstwo jest niemożliwe.

Nasze oddziały zyskują podczas gry doświadczenie, stając się jeszcze bardziej zabójcze. Doświadczenie zdobywane jest w miarę szybko, są tylko dwa poziomy do zdobycia, więc po kilku potyczkach mamy już armię weteranów. Natomiast nie możemy najbardziej doświadczonych jednostek - tak jak to było w "Close Combat" czy "Steel panthers" przenosić do kolejnych misji. Sama zaś strata elity sprawia tylko, że musimy ją zastąpić mniej doświadczonym oddziałem.

Misje zaprojektowane są fajnie. Nie w każdej chodzi o frontalny atak hordą mechów. W niektórych będziemy ratować cywilów, w innych musimy przeprowadzić pociąg pancerny przez linie wroga, przestawiając zwrotnice i likwidując punkty oporu przeciwnika. Oprócz głównych celów misji mamy też zadania poboczne - zwykle odnajdujemy j po udaniu się w odpowiednie miejsce na planszy, czy po zniszczeniu jednego z budynków wroga. Sprowadzają się one zwykle do zniszczenia dodatkowych baz, zajęcia punktów zasobów itp.

Iron Harvest / dziennik.pl
Reklama

Jeśli chodzi o warstwę dźwiękową gry - polski dubbing jest doskonały. Gdy nasze oddziały krzyczą "za Polanię", to samemu ma się ochotę ruszyć na Ruswietów. Jednostki, gdy za długo stoją w miejscu awanturują się, oddziały, które ciągną artylerię, skarżą się, że to za ciężko i idą za wolno... A do tego odgłosy przeciwnika - choć napisy ą po polsku, to każda frakcja w grze mówi w swoim języku. Ruswieckie oddziały, krzyczą więc "wpieriod" itp. Z kolei Saksońskie wojska odpowiadają nam po niemiecku. Bardzo to jest dobrze zrobione i cieszę się, że twórcy gry zostawili to w ten sposób.

Iron Harvest / dziennik.pl

Grafika? Świetna. Zarówno mechy Polanii, jak i wojsk ruswieckich są super. "Nasze" przypominają beczki na nogach, z biało-czerwonym orłem na "piersi", z kolei ruswieckie oddziały to klasyczne, dwunożne "mechy". Gdy pojazdy ruszają do ataku, nie są im straszen ściany, domy czy drzewa, idą niszcząc po drodze wszystko... Z kolei piechota kryje się za ściaami, przeskakuje płoty, chowa się w wysokiej trawie. Animacje jednostek są naprawdę na bardzo wysokim poziomie. To samo, gdy np. zniszczymy sztab wroga - widać jak łamią się betonowe podpory, a cały budynek wali się w gruzy. Pociski artyleryjskie zamieniają w gruzy osłonę piechoty, a ogień maszynowy mechów dobija wrogów. King Art Games doskonale wykorzystało silnik Company of Heroes.

Warto też dodać, że mechy mechami, ale uzbrojenie jednostek piechoty wygląda tak, jak broń używana w 1920. Tu akurat twórcy trzymali się rzeczywistości - nie ma więc działek laserowych, a zwykłe karabiny czy erkaemy takie, jakich używano na frontach I wojny (a potem w wojnie polsko - bolszewickiej)

Jeśli chodzi o wymagania techniczne, to w rozdzielczości 3440x1440p, przy Ryzenie 3600X i 1080Ti oraz 16GB RAM 3600MHZ CL16 Ballistikx, nawet przy bojach z udziałem wielu jednostek, osiągałem około 75FPS.

Iron Harvest / dziennik.pl

Oprócz kampanii, gra ma też wbudowany tryb multiplayer, czy możliwość potyczki z A.I - wtedy możemy grać innymi frakcjami, niż tylko Polanią.

Są też smaczki dla fanów naszej kultury - brat głównej bohaterki to Janek Kos, a jej samej towarzyszy niedźwiedź Wojtek.

Podsumowując - "Iron Harvest" to nie jest rewolucja. Ta gra do gatunku RTS niczego nowego nie wnosi. Kto zna "Company of Heroes", ten w IH poczuje się jak w domu. Czy to źle? Nie, bo poprawnie wykonana gra, według znanej receptury jest lepsza, niż kiepska rewolucja (jak to się choćby stało z Dawn of War III). A tu dostajemy solidny RTS, z dobrze zrobioną alternatywną historią, ciekawą fabułą... no i z mechami z orłem na pancerzu. A kto by nie chciał polskimi, przepraszam polańskimi mechami pogonić kota sowietom, przepraszam, Ruswietom. Mi się naprawdę fajnie w "Iron Harvest" grało

Iron Harvest / dziennik.pl