Dwie strony konfliktu o dziwnych nazwach, samoloty bojowe od Mig-21 po nowoczesne konstrukcję, dziwne bronie i fabuła taka, że bolą zęby... Nie, to nie nowy "Ace Combat", a gra, która tak mocno zapatrzyła się na tę serię, że nawet nie udaje, że jest czymś innym. "Project Wingman" to lotnicza strzelanka, opowiadająca o Ziemi po kataklizmie, w której trwa konflikt między Federacją a republiką, która chce się od niej odłączyć, a gracz należy do grupy najemników, walczących z Federacją.

Reklama

Kto grał w "Ace Combat", ten poczuje się jak w domu - briefingi przed misjami, wybór samolotu, ba, nawet czcionka, jest żywcem wzięta z popularnej serii BandaiNamco. Aż dziwne, że to nie zakończyło się procesem. Sama narracja brzmi całkowicie bez sensu, padają nazwy broni, oddziałów, dziwne nazwy geograficzne, a generalnie wszystko sprowadza się, żeby wystrzelać cele naziemne lub powietrzne na terenie misji.

Narzędzi do tego mamy sporo - zaczynamy od Phantoma czy MiG-a 21 i - za kredyty z misji - kupujemy nowe, nowocześniejsze maszyny i wyposażamy je w dodatkową broń. Do dyspozycji, jak na klon AC przystało, mamy ponad setkę pocisków w naszym myśliwcu, do tego ekstra bronię, typu rakiety atakujące cztery samoloty naraz czy pociski do niszczenia celów naziemnych.

Mechanika lotu

Mechanika latania? Całkowicie zręcznościowa, nie trzeba pilnować prędkości, kątów natarcia, zasad zachowania energii naszej maszyny, czy martwić się powietrznymi manewrami. To nie symulator. Wystarczy wejść na ogon przeciwnika, odpalić dwie rakiety i przełączyć cel. Oczywiście, jak to w klonie AC, wrogów jest pełno, a do tego dysponują oni różnego rodzaju dziwną bronią, jak gigantyczne bombowce, którym najpierw trzeba zniszczyć wszystkie punkty uzbrojenia itp. Podczas misji brakuje za to punktów zachowania gry. Jeśli popełnimy błąd i uderzymy w ziemię, albo nas zestrzelą, to zaczynamy misję od początku, nawet jeśli toczyliśmy walkę z ostatnią maszyną wroga.

Project Wingman / dziennik.pl

Grafika trochę trąci myszką - to gra pisana na poprzednią generację Xbox, do tego dochodzą czasem pewne problemy z odpowiednim wyświetlaniem kolorów czy efektów, jak choćby czerwone światło zachodzącego słońca. Przelatywanie przez chmury sprawia, że szyby kokpitu stają się oblodzone, a maszyna gorzej reaguje. Teren też oddany jest średnio - i tak, wygląda to gorzej niż AC7. Za to kokpity maszyn oddano wiernie.

Dźwięk jest w porządku - silnik każdej maszyny brzmi inaczej, słychać jak wrogie jednostki proszą o wsparcie przed atakiem powietrznym, naszych pilotów rozstrzasających kwestie polityczne itp.

Podsumowanie

Podsumowując, "Project Wingman" to żadna rewolucja, ba, to nawet nie jest ewolucja lotniczych zręcznościówek, to po prostu gorzej wyglądający klon "Ace Combat", z "kliszową" fabułą, który jednak wciąga jak diabli. Zresztą liczbę gier lotniczych (nawet nie symulatorów) można policzyć na palcach rąk pracownika tartaku, więc nie ma co wybrzydzać. Zwłaszcza, że gra jest w GamePass, kto ma więc ten abonament, może sobie trochę postrzelać do wrogów. Jako wypełniacz czasu między Forzą Horizon 5 a Halo:Infinity sprawdzi się doskonale