Najbardziej imponująco wygląda Huawei Mate Porsche Design – którego cena w najbogatszej wersji (8 GB RAM, 512 GB pamięci wbudowanej) wynosi 2095 Euro, czyli niemal… 9 tys. zł. Modele robione we współpracy z producentem samochodów już od lat są najdroższymi smartfonami w Androidowym świecie i pozostają oczywiście ciekawostką dla nielicznej grupy odbiorców. Inaczej niż Mate 20 Pro, który kosztować będzie ponad połowę mniej, bo 4299 zł i którego przedsprzedaż w Polsce już się rozpoczęła. Do pierwszych użytkowników trafi na początku listopada. Telefon od dwóch dni jest już w naszych rękach, więc możemy podzielić się pierwszymi wrażeniami.

Technikalia
Procesor – Kirin 980
6 GB RAM
128 pamięci wbudowanej
ekran OLED - przekątna 6,4 cala i proporcje 19,5:9
Android 9 z nakładką EMUI 9

Huawei postawił na zakrzywione krawędzie – czyli poszedł ścieżką wyznaczoną przez Samsunga i jego linię Galaxy S. Mówiąc wprost – wybrał piękny wygląd nad praktyczność. Chwyt telefonu nie jest bowiem tak pewny jak w modelach o płaskich ekranach – chociażby Huaweiu P20 Pro. Uczciwie muszę jednak napisać, że do tej pory nie zdarzyło mi się, bym przez przypadek uruchomił lub zamknął jakąś aplikację.

Nowością jest czytnik linii papilarnych wbudowany w ekran. Huawei jest więc pierwszym z dużych rynkowych graczy, który wprowadził takie udogodnienie, pozostawiając w tyle Samsunga i Apple. Jak to działa? Podnosząc telefon do ręki, wyświetla nam się na ekranie miejsce, do którego należy przyłożyć i lekko przycisnąć palec. Ekran odblokuje się po krótkiej chwili. Działa szybko, ale nie tak szybko jak czytniki Huaweia umieszczane pod ekranem lub z tyłu – na pleckach.

Huawei poprawił też odblokowywanie twarzą. Tym razem jest ono oparte na metodzie 3D, czyli skanowaniu naszego oblicza. Dzięki temu możemy już odblokować telefon w ciemnościach (działa doskonale), a ponieważ jest to metoda bardzo bezpieczna, można też autoryzować w ten sposób nasze płatności. Niestety jest też minus – w postaci „notcha”, czyli wcięcia w ekranie, który urósł do dość dużych rozmiarów (gdzieś te wszystkie czujniki trzeba było zmieścić). Możemy go na szczęście ukryć, a ponieważ matryca jest OLED-owa, staje się on praktycznie niewidoczny.

O wyświetlaczu można mówić w samych superlatywach, podobnie jak o działaniu telefonu. O procesorze pisaliśmy już tu, a po kilku godzinach używania Mate 20 Pro trudno napisać cokolwiek innego niż to, że jest to jeden z najlepiej działających telefonów na rynku, dorównujący płynnością Snapdragonowi 845. Dla miłośników cyferek – wynik w AntTuTu Benchmark to 233457 pkt, co daje mu w rankingu 20 miejsce, tuż za Samsungiem Note9.

Dźwięk jest stereo i płynie do nas z głośnika do rozmów nad ekranem i… USB C, bo w tym złączu właśnie umieszczono drugi głośnik. Gdy ładujemy telefon dźwięk jest więc odrobinę przytłumiony, ale wciąż wystarczająco donośny by usłyszeć, że ktoś do nas dzwoni. Niestety, jak w P20 Pro, słuchawki dołączone do smartfona są - delikatnie mówiąc - takiej sobie jakości. Dopiero po ustawieniu głośności na najwyższy poziom słychać te dźwięki, które w innych słuchawkach - bezprzewodowych Optoma BE czy przewodowych Razer Hammerhead słychać przy znacznie niższym poziomie głośności telefonu. Zarówno przy muzyce klasycznej (Marsz Turecki), czy takich utworach jak House of the Rising Sun albo Behind Blue Eyes, oryginalny zestaw ucinał poszczególne tony i nie był w stanie pokazać całej sceny muzycznej. Obowiązkowo czeka więc was kupienie zestawu słuchawkowego (na szczęście w pudełku jest przejściówka pozwalająca podłączyć słuchawki klasycznym jackiem). Szkoda, że do swojego flagowca Huawei nie zdecydował się dodać słuchawek od jakiegoś znanego producenta.

O jakości aparatów trudno w tej chwili coś powiedzieć, bo w telefonie nie ma jeszcze ostatecznej wersji oprogramowania, z którym będzie trafiać do klientów. Z tyłu mamy trzy obiektywy 40, 20 i 8 mpx, ale jeden z nich, inaczej niż w modelu P20 Pro, jest szerokokątny, a nie monochromatyczny. Brakuje za to funkcji, znanej ze smartfonów LG, czyli specjalnego przycisku ekranowego, który przełączy nas na szeroki kąt zdjęcia. Tu trzeba zdać się na A.I, która nie zawsze włączy nam to, co chcemy.

Jest oczywiście sztuczna inteligencja, a na razie w większości sytuacji moim zdaniem lepiej wyglądają fotografie robione modelem P20 Pro, ale po pierwsze różnice są minimalne, a po drugie – to może się zmienić wraz z aktualizacją oprogramowania. Opis wszystkich, niesłychanie rozbudowanych możliwości telefonu, zostawię sobie na pełną recenzję.

Tak, jak w P20, Mate 20 Pro dostał specjalny tryb nocny, który - wporównaniu do trybu automatycznego- charakteryzuje się bardzo agresywnym przetwarzaniem zdjęcia i mocnym podbiciem jasności oraz kolorów (co widać po fotografiach Tower Bridge).

Dostajemy też - wreszcie! - tryb do robienia zdjęć makro, który w P20 Pro praktycznie nie istniał. Tu możemy robić naprawdę dobre zbliżenia.

Mate 20 Pro wyposażony został w optyczną stabilizację obrazu, (działa oczywiście w najwyższej rozdzielczości 4K) oraz w kilka funkcji, robiących niesłychane wrażenie. To między innymi „kolor AI” w którym cały film jest czarno-biały a obiekt, który śledzi kamera – kolorowy, albo rozmycie tła – czyli efekt „bokeh” nie podczas robienia zdjęć, ale kręcenia filmu właśnie. Najnowsza aktualizacja oprogramowania dodała też możliwość przybliżania obrzu podczas kręcenia filmików oraz nowe filtry.

Możemy także skanować obiekty w 3D i używać je w wirtualnej rzeczywistości. Aparat jest też w stanie podać nam liczbę kalorii posiłku, który sfotografujemy oraz tłumaczyć napisy (niestety brak możliwości translacji na polski).

Bateria ma 4200 mAh i na razie trudno przesądzać o jej żywotności, choć na pierwszy rzut powinno być bardzo dobrze, za to imponująco wygląda szybkie ładowanie ładowarką o mocy 40 W. 70 proc. w pół godziny to nie przechwałki producenta ale prawda – energii przybywa w oczach. Oczywiście pytanie o żywotność baterii pozostaje otwarte. Jest także możliwość ładowania bezprzewodowego. Przy okazji – to pierwszy na świecie telefon, który w ten sposób naładuje drugi telefon – wystarczy włączyć funkcję „Bezprzewodowe ładowanie zwrotne” i położyć urządzenie na pleckach Mate 20 Pro, a ten użyczy mu swojej energii.

Jeśli zaś chodzi o ładowanie bezprzewodowe, to przy ładowarce o mocy 10W, telefon odzyskuje około 25 proc. baterii na godzinę.

Zaskoczeniem jest za to rodzaj zastosowanej karty pamięci. Huawei dszedł bowiem od klasycznej karty MicroSD - firma chce, byśmy teraz używali karty NanMemory, która jest mniejsza od swej poprzedniczki. Nie ma więc mowy y do Mate 20 Pro włożyć swoją starą kartę. Trzeba będzie zainwestować w nowy standard (ptanie tylko, czy przy tak dużej standardowej pamięci ktoś jeszcze używa kart).

Ogólne wrażenie jest więc jak najbardziej pozytywne, za jakiś czas postaramy się też odpowiedzieć na pytanie, czy warto jest przechodzić z modelu P20 Pro na Mate 20 Pro.

W Polsce dostępny też będzie mniejszy brat Mate 20 Pro – Mate 20 – w cenie 2999 zł. Nie zobaczymy natomiast giganta, czyli Mate 20 X z wielkim, 7,2 calowym ekranem.