Red Dead Redemption 2 jest prequelem gry sprzed kilku lat. Historia opowiada o ostatnich dniach gangu Dutcha van der Linde i jak doszło do wydarzeń z pierwszej części. Z jednej strony, może to gracza zniechęcić do poznawania historii, której zakończenie już znamy, z drugiej strony ci, którzy są ciekawi, dlaczego John Marston musiał wystąpić w poprzedniej części gry przeciw szefowi gangu, dostaną swoje odpowiedzi.

Gra zaczyna się, gdy gang Dutcha musi przedzierać się przez śnieżne zaspy w górach, by uciec przed prawem po nieudanym skoku. Po kilku misjach, które pokazują nam mechanizmy rozgrywki gra puszcza nas na głęboką wodę. I – tak jak we wszystkich produkcjach Rockstar – mamy wielką mapę, zadania dodatkowe, główną linię fabularną i wolną rękę. Trzeba tylko pamiętać, że niektóre dodatkowe misje i elementy wyposażenia stają się dostępne dopiero po tym, jak zakończymy pewne zadania fabularne.

Jeśli chodzi o świat gry, to Rockstarowi udało się genialnie oddać atmosferę Dzikiego Zachodu. Nie jednak tego „heroicznego” z niektórych westernów z Waynem czy Peckiem. To raczej atmosfera z filmów Peckinpaha czy Bez Przebaczenia Clinta Eastwooda. Może i Dutch stara się wmówić członkom gangu, że chodzi o wolność wyboru i postępowania. Może i nasz bohater – Arthur Morgan – stara się postępować honorowo… Ale inni członkowie gangu to po prostu brutalni, psychopatyczni mordercy, którzy są w stanie wystrzelać pół miasteczka, by odzyskać swoją broń. Na szczęście nasza postać ma wybór. To od nas zależy, czy Morgan wystrzela jeńców po napadzie, czy też pozwoli im odjechać. Naprawdę linia fabularna i rys psychologiczny postaci są świetne.

Tu nie ma czystych miast ze szlachetnymi szeryfami, ballad przy ognisku itp. Tu widzimy zabłocone miasteczka, bójki w salonach, przekupnych urzędników i stróżów prawa, morderców, bandytów i szaleńców. A jednocześnie zwykli ludzie toczą normalne życie – sklepy czynne są w normalnych godzinach, kowboje pędzą bydło, ludzie wsiadają i wysiadają z pociągów.

A częścią tego świata jesteśmy my. Tu nie chodzi tak – jak w wielu innych „piaskownicowych grach” – o przejęcie kontroli nad całą mapą itp. To nie Far Cry czy Assassin’s Creed. Tu chodzi głównie o to, by przeżyć, uciec ścigającym nas agentom Pinkertona i zostać przy tym wiernym swoim zasadom.

Red Dead Redemption 2 to też gra, która fantastycznie oddaje klimat epoki. Mamy zmieniającą się pogodę – w czasie burzy nasz koń boi się piorunów – w czasie zwykłego deszczu Morgan wygląda, jak zmokła kura, a do tego jeszcze te minuty, a nawet godziny spędzane na przemierzaniu mapy – nie ma tu bowiem żadnej szybkiej podróży. Chcesz gdzieś dotrzeć? Wsiadaj do dyliżansu, kup bilet na pociąg, albo jedź sam. I to właśnie te samotne wyprawy są – w mojej opinii – najlepszą i najbardziej klimatyczną częścią gry.

Czujemy się wtedy, jak kowboje ze srebrnego ekranu. Jesteśmy tylko my, nasz koń i nasza strzelba. Możemy natknąć się na drapieżniki, przejeżdżający ludzie witają nas, lub uciekają przed nami (zależy od punktów honoru w grze). Czasem trafiamy na bandytów, albo na zdarzenia losowe, w których możemy pomóc lub obrabować innych. Jeśli chcemy, to możemy napaść na dyliżans, czy obrabować przejeżdżających ludzi. Po podróży możemy napić się w salonie, wziąć udział w rozgrywkach w pokera, upić się, czy pójść do teatru, gdzie możemy wziąć udział w pokazie czarnej magii. Zadań pobocznych i dodatkowych czynności jest tyle, że możemy zapomnieć o fabule tylko po prostu „żyć z dnia na dzień” na Dzikim Zachodzie.

Gra to też trochę symulacja kowboja – musimy karmić i czyścić konia, dbać o odpowiedni strój na odpowiednią pogodę, inaczej w górach możemy zamarznąć. Trzeba też zatroszczyć się o odpowiednią wagę Morgana. Możemy też naszemu bohaterowi zmienić zarost. Możemy też rozbudowywać nasz obóz - wymaga to znoszenia upolowanych zwierząt, zrabowanych przedmiotów itp. Większy i bogatszy obóz daje nam dostęp do mikstur uzdrawiających, amunicji i jedzenia.

Jeśli chodzi o grafikę, to programiści wydobyli z Xbox One X wszystkie możliwe soki. Ta gra zresztą pisana była pod najpotężniejszą konsolę, obecnie dostępną, a dopiero później przenoszona na inne platformy. Tekstury twarzy, woda, skały, trawa, światło… to wygląda fantastycznie. Jedyny problem to HDR, z którym Rockstar sobie nie poradził i lepiej jest wyłączyć tę funkcję w menu. Szkoda, bo w świecie tej gry aż prosi się o ulepszenie palety barw i wyciągnięciem szczegółów oświetlenia. Świetnie oddano też animacje postaci i konia. Tak, to najlepiej przeniesiony wierzchowiec na konsole w historii gier.

Równie udany jest dźwięk – na moim soundbarze ZF9 z dodatkowymi tylnymi głośnikami, słychać odgłosy tak, jakbyśmy siedzieli w samym środku akcji. Dolby Atmos naprawdę robi różnice. W nocy od czasu do czasu słychać wycie wilków, które sprawia, że odruchowo oglądamy się za siebie, słychać też którędy płynie woda, a gdy przejeżdża pociąg, to jak na filmach, zagłusza wszystko dookoła. To samo podczas strzelanin – dokładnie wiemy, z której strony nadciąga wróg.

Czy Red Dead Redemption 2 ma wady? Dla mnie, poza problemami z HDR nie. Są jednak ludzie, którzy krytykują grę za zbyt wolny rozwój fabuły, problemy z automatycznym celowaniem podczas strzelanin itp. Do tego może część graczy odrzucić to, że każda czynność, jak skórowanie zwierząt, wsiadanie na koń, „parkowanie” konia przy słupku zajmuje kilkanaście sekund, przez które nic nie można zrobić i nie da się tego przerwać. Dla mnie jednak, to wszystkie elementy, to część tej wspaniałej opowieści, która daje nam – jak żadna inna gra – stać się częścią Dzikiego Zachodu i przeżyć to, co przeżywali bohaterowie moich ulubionych westernów. Na pewno jest to mocny kandydat do gry roku i chyba tylko Assassin’s Creed: Odyssey może mieć jakieś szanse zwycięstwa z Red Dead Redemption 2.