Oppo pokazało właśnie najnowsze modele z serii Reno, które mają podbić europejskie, w tym polski, rynki. W nasze ręce trafił jednak model zeszłoroczny, którym firma debiutowała oficjalnie na starym kontynencie. Urządzenie jest drogie – kosztuje 3699 zł i mówiąc oględnie, średnio opłacalne w zakupie. Jest jednak też na tyle niezwykłe, że watro poświęcić mu uwagę.

Budowa, wykonanie

Cała magia modelu Find X tkwi w jego konstrukcji i w wysuwanym mechanizmie, w którym ukryto przednie i tylne kamery. Dzięki temu wyświetlacz nie jest skażony żadnym wcięciem, dziurą czy jakimkolwiek innym wynalazkiem. Otoczony z każdej strony cieniutkimi ramkami wygląda zjawiskowo i jest na rynku bezkonkurencyjny. Nie mamy też problemu z tym, że kładąc telefon na plecach zarysujemy obiektyw aparatu. W tym telefonie może on się nam jedynie zakurzyć, bo w wysuwanej części w wyjątkowy sposób zbierają się pyłki i zabrudzenia.

Przyciski rozmieszczono na prawym i lewym boku, na dole mamy USB-C, pojedynczy głośnik i tackę na dwie karty SIM. Dzięki zakrzywionym bokom urządzenie bardzo dobrze leży w dłoni (choć oczywiście ekran odbija refleksy światła). Nie mamy diody powiadomień, ale gdy telefon dzwoni albo przyjdzie SMS, boki ekranu będą się świecić wybranym przez nas kolorem (Oppo nazywa to „światłem panoramicznym”).

W modelu Find X nie znajdziemy także czytnika linii papilarnych. Nie ma go ani z tyłu, ani zatopionego w ekranie. Jak więc wygląda odblokowywanie smartfona? Jesteśmy zdani na „face unlock” czyli skanowanie naszej twarzy za pomocą przedniej kamery (bądź każdorazowe wbijanie PIN-u lub kodu). Po wybudzeniu ekranu (przez podniesienie telefonu albo przyciśnięcie przycisku zasilania) musimy przeciągnąć po nim kciukiem w górę, to spowoduje wysunięcie się kamery która odczytuje naszą twarz. Wygląda to bardzo efektownie, jest szybkie i generalnie nie ma z tym żadnego problemu. Osobiście wolałbym jednak, by producent ukrył czytnik w ekranie – wtedy ruchoma część wysuwała by się tylko przy robieniu zdjęć, a nie za każdym razem, gdy telefonu używamy.

Świetna jest jakość ekranu – to panel AMOLED (403 ppi) z soczystymi i żywymi kolorami, doskonałą widocznością w pełnym słońcu i z zapewniającą komfort używania smartfona w nocy jasnością minimalną (oczywiście jest także filtr światła niebieskiego).

Generalnie Oppo Find X wygląda zjawiskowo i jak dla mnie jest jednym z ładniejszych, o ile nie najładniejszym smartfonem na rynku. Jednak taka budowa niesie ze sobą pewne niedogodności – niemożliwym jest, by telefon z wysuwanymi częściami spełnił normy IP 67 bądź 68 czyli był odporny na zanurzenia w wodzie. Miłośnicy wakacyjnych basenowych fotografii będą zawiedzeni.

Specyfikacja, działanie

Procesor Qualcomm Snapdragon 845, 8 GB RAM, 256 GB pamięci wbudowanej – taki zestaw nie ma prawa działać źle. Płynność, szybkość, brak jakichkolwiek zacięć nawet przy najbardziej wymagających grach, wielu otwartych zakładkach, wszystko stoi tu na najwyższym z możliwych poziomów.

Tyle, że w Oppo Find X brakuje jednej, bardzo ważnej rzeczy. Modułu NFC. Kto nie używa telefonu do płatności zbliżeniowych nie będzie rozpaczał, ale jak dla mnie we flagowym modelu sprzedawanym w Europie taki brak jest nie do zaakceptowania. Wszystko przez to, że w Chinach płatności zbliżeniowe oparte są nie na NFC ale na kodach QR. Dobrze, że w kolejnych modelach Oppo nadrabia te braki, dziwne, że NFC było we wprowadzanym równolegle z Find X tańszym R17 Pro.

Nie zawodzi jakość dźwięku na słuchawkach – pomaga technologia Real Sound, ale szkoda, że nie ma wejścia mini-jack i musimy korzystać z USB-C. Brakuje za to bardzo dźwięku stereo z głośników zewnętrznych – przy tak genialnym ekranie aż prosi się, by przy przy oglądaniu filmów odgłosy płynęły do nas z przodu, a nie z dolnej krawędzi.

GPS działa doskonale i nigdy nie miałem problemów z nawigowaniem tak na dłuższych trasach, jak i w gęstej, miejskiej zabudowie.

Oprogramowanie

Nakładka Color OS jest specyficzna, wymaga chwili przyzwyczajenia, ale przy bliższym kontakcie można ją polubić. Wstydem jest jednak, by w maju 2019 r. flagowy model kosztujący niemal 4 tys zł. pracował na starym Androidzie w wersji 8 a nie 9. Czas najwyższy, by Oppo odrobiło pracę domową i zabrało się za aktualizacje swoich urządzeń, bo jest to coś, na co świadomi użytkownicy (a zakładam, że przede wszystkim tacy zdecydują się na telefony tej marki) bardzo zwracają uwagę.

Wracając zaś do nietypowych ustawień w Color OS. Jeśli chcemy np. zainstalować na pulpicie widżet bądź zmienić efekt przejścia, musimy ekran uszczypnąć, a nie tak jak jest w większości urządzeń, dłużej przytrzymać na nim palec. Jeśli chcemy otrzymywać powiadomienia o odebranych SMS-ach, musimy wejść w „aplikacje systemowe” i dopiero tam ustawić taką opcję w wiadomościach, a nie szukać ustawień bezpośrednio w „wiadomościach”. Jeśli chcemy, by telefon nie „ubijał” nam konkretnych aplikacji działających w tle, musimy je wybrać w „Menadżerze telefonu”, ale może ich być co najwyżej pięć – nie spotkałem się z takimi ograniczeniami u żadnego innego producenta.

Mamy do dyspozycji gesty zamiast przycisków systemowych wyświetlanych na ekranie, wywołujemy je ruchem kciuka od dolnej krawędzi, są doskonale dopracowane i bardzo intuicyjne.

Jest też panel wysuwany z bocznej krawędzi, ale inaczej niż w Samsungach nie możemy do niego przypiąć kontaktów do konkretnych osób, a jedynie wybierać skróty do aplikacji.

Nie mamy za to… powiadomień. Na górze ekranu wyświetlają się tylko ikony: WiFi, operatora czy stanu naładowania baterii, ale nie zobaczymy tam żadnej informacji z YouTube, Instagrama, Facebooka, Messengera, banku czy OLX-a. To sprawia, że za każdym razem po wybudzeniu telefonu (przypominam, nie mamy też diody powiadomień) musimy ściągać górną belkę by sprawdzić, czy coś nas nie ominęło. I jest to niesłychanie wkurzająca wada tego oprogramowania, która zabiera nam mnóstwo przyjemności z używania telefonu.

Zdjęcia, bateria

Dwa aparaty z tyłu (20 i 16 mpx), jeden z przodu (25 mpx), optyczna stabilizacja obrazu, tryb portretowy (nazywany przez Oppo „układem pionowym”), bardzo ładne zdjęcia z naturalnym odwzorowaniem kolorów, teoretycznie powinniśmy być zadowoleni. Ale… od telefonu za 3700 zł można, a nawet trzeba wymagać znacznie więcej. Tymczasem w Find X nie znajdziemy np. trybu nocnego (zdjęcia robione „z ręki” z długim czasem naświetlania), który jest w tańszym R17 Pro. Więc gdy światła jest mało, drogi flagowiec robi zdjęcia na poziomie taniego średniaka. Kosztujący prawie o połowę mniej Huawei P20 Pro potrafi wyczarować zdjęcia, o jakich użytkownik Find X może tylko pomarzyć. O Mate 20 Pro czy P30 Pro nawet nie wspominając. Także Samsungi Galaxy z serii 10 są dużo lepsze nie tylko w zdjęciach, ale też i w wideo. W Oppo Find X nagramy je w jakości 4K, ale OIS działa tak sobie, lepsze efekty i mniej rozedrgane filmy nagramy w FHD.

Natomiast w kwestii baterii to konkurencja ogląda plecy Oppo i pozostaje w pokonanym polu. Dzięki technologii SuperVOOC i 50W ładowarce jesteśmy w stanie naładować nasz telefon do pełna w jakieś 40 minut. Huawei jest o włos za Oppo, Samsung zaś o lata świetlne. To niesłychanie przydatne rozwiązanie, pozwalające w zasadzie nie martwić się o to, że zostaniemy gdzieś bez energii. Chwila przy jakimkolwiek gniazdku pozwoli nam spokojnie przetrwać kryzys, oczywiście pod warunkiem, że mamy przy sobie firmową ładowarkę. A sama bateria też ujmy Find X nie przynosi, 3730 mAh zapewnia nam bezproblemowy dzień intensywnej pracy, półtora do dwóch przy lekkim obciążeniu.

Czyli…

Find X jest w zasadzie zapowiedzią tego co nadchodzi, czyli modeli Reno. Te są już kompletnie wyposażone, nadal mają ciekawą konstrukcję z wysuwanymi aparatami (ale tylko do selfie) i mogą stanąć do walki z najnowszymi dziećmi Huaweia i Samsunga. A nasz dzisiejszy bohater mógłby zagościć w jakimś muzeum jako piękny przykład sztuki użytkowej. Na zagoszczenie w mojej kieszeni na dłużej ma za mało argumentów.