Przez ostatnie lata, po właścicielskich zawirowaniach, Motorola wypuszczała na rynek głównie stosunkowo tanie, ale bardzo dopracowane modele. Zyskała tym wierne grono zwolenników ceniących urządzenia praktyczne, ale prestiż i duma marki cierpiały. Inne firmy raz po raz chełpiły się nowymi flagowcami a Motoroli w tym gronie nie było. Aż do teraz. Modele Edge i Edge+ to w końcu wycieczka producenta w odpowiednio – średnią wyższą i flagową strefę. Dla nas jak na razie dostępny jest tylko ten pierwszy, a zanim ktoś zacznie krytykować taką decyzję, śpieszę donieść o cenie w USA za Edge+ – to 1000 dol. Przy tym 2999 zł, jakie trzeba zapłacić w Polsce za wariant Edge jawi się jak prawdziwa okazja. Choć oczywiście tanio nie jest. Spróbujmy więc rozłożyć ten model na czynniki pierwsze by sprawdzić, czy opłaca się go kupować.

Reklama

Co jest na „tak”

Zacznijmy od działania. Qualcomm Snapdragon 765G z 6 GB RAM do pomocy (pamięci wbudowanej mamy 128 GB, jest slot na kartę pamięci), radzi sobie z telefonem doskonale. Wszystko dzieje się tu szybko, płynnie i bardzo przyjemnie. Gdybym nie popatrzył w specyfikację, nie zorientowałbym się, że w telefonie nie ma procesora flagowego – Snapdragona 855 czy 865. Takie działanie to także zasługa oprogramowania, czyli czystego Androida. Dodatki producenta tradycyjnie zebrano w apce Moto. Są tam: Gra z Moto odcinająca nas od świata podczas rozgrywki, opcje personalizacji, z możliwością wyboru styli (kolory, czcionki, kształt ikon), tapet, dostosowania układu ikon i widżetów oraz animacji czytnika linii papilarnych. Są Gesty Moto (zrzut ekranu, latarka itp.), jest też Wyświetlacz Moto, w którym możemy np. włączyć światła na krawędziach ekranu w przypadku alarmów czy powiadomień. Nie mamy diody powiadomień, informacje wyświetlają się na wygaszonym ekranie i są interaktywne, czyli można bezpośrednio z tego poziomu odpowiedzieć czy podejrzeć sms, ale nie wyświetlają się na stałe, a dopiero gdy zbliżymy się do telefonu.

Motorola Edge / dziennik.pl

Mamy moduł 5G, GPS działa idealnie, oczywiście jest NFC i telefonem zapłacimy zbliżeniowo. Za działanie i oprogramowanie należy się więc Moto Edge duży plus.

Dźwięk to kolejna, zupełnie dla mnie niespodziewana, zaleta tego urządzenia. Po pierwsze mamy głośniki stereo, które grają znakomicie – czysto, głęboko, bez zniekształceń nawet przy maksymalnych ustawieniach. Po drugie – korektor dźwięku działa tak na słuchawkach na kabelku jak i tych bezprzewodowych i potrafi wyczarować doskonałe wrażenia praktycznie dla każdego rodzaju muzyki. Sporo droższych telefonów może pozazdrościć.

Przejdźmy teraz do ekranu, choć w zasadzie od niego powinniśmy zacząć, bo to on w Motoroli Edge jest głównym bohaterem. Tak bardzo zakrzywiony na boki wyświetlacz jest jeszcze tylko w jednym telefonie na świecie – Huawei Mate 30 Pro. Gdy patrzymy na Moto Edge z przodu, nie widzimy bocznych ramek urządzenia. Mamy jeden wielki, piękny ekran (z małym oczkiem na kamerkę do selfie). W tym przypadku to OLED o przekątnej 6,7 cala, rozdzielczości FHD+ (2340 x 1080 pikseli, 385 ppi), zabezpieczony szkłem Corning Gorilla Glass 5. Oczywiście z możliwością odświeżania w 90 Hz. Jest też tradycyjne 60 Hz bądź automatyczny wybór, ja korzystałem z 90 Hz które w połączeniu z procesorem o którym już pisałem i oprogramowaniem dają w sumie wrażenie niesamowitej wręcz płynności.

Ale. Po kilku tygodniach z telefonem, na chłodno, muszę stwierdzić, że prócz estetycznych, wielu zalet tak zakrzywionego ekranu nie ma. Są za to wady, bo np. tekst podczas przeglądania stron internetowych zaczyna się gdzieś z boku i po prostu nie widać literek w słowach. Na szczęście Motorola zdaje sobie z tego sprawę, prostym gestem dwukrotnego uderzenia w specjalną wirtualną funkcyjną beleczkę można go zwęzić, tak by tekst zaczynał się w miejscu widocznym dla naszych oczu. Problemem graniczącym z niemożliwością będzie też naklejenie ochronnej folii czy szkła, trzeba się więc obchodzić z Edge jak z jajkiem, albo raczej z małym dziełem sztuki. Co prawda w pudełku znajdziemy przyjemne w dotyku, miękkie przeźroczyste etui, ale chroni ono tył plus górną i dolną ramkę a nie boki urządzenia. A jeśli telefon nam upadnie i szybka się zbije, podejrzewam że naprawa tania nie będzie. Dla osób kupujących sercem taki ekran nie będzie problemem, wręcz przeciwnie, to główny powód do stania się właścicielem telefonu. Ale dla pragmatyków kierujących się rozumem już niekoniecznie…

Motorola Edge / dziennik.pl

Kolejna rzecz to zdjęcia. Tu znów trzeźwo kalkulujące osoby wyliczą, że za 3 tys. zł można kupić kilka smartfonów robiących obiektywnie lepsze fotografie, albo przynajmniej dające użytkownikowi więcej możliwości. I będzie to prawda, ale też nie mogę napisać, bym był z fotografii wykonanych Motorolą Edge niezadowolony. Wprost przeciwnie. Cztery oczka z tyłu – 64 MP obiektyw główny f/1,8; 16 MP obiektyw ultraszerokokątny (117 stopni, f/2,2 Macro Vision) i 8 MP teleobiektyw (f/2,4, 2xzoom) plus czujnik ToF i kamerka z przodu 25 MP (f/2,0) dają radę. Choć minusem w tej cenie jest brak optycznej stabilizacji obrazu. Podczas nagrywania wideo obraz jest stabilizowany elektronicznie. Maksymalna rozdzielczość w nagraniach to 4K 30 FPS z tyłu i FHD 30 FPS z przodu.

Zdjęcia są bardzo ładne, kolory naturalne, z delikatnym podbiciem, szczegółowość jest bardzo dobra. Ale zoom 5x już tylko ok., a 10x słaby, w trybie nocnym też brak czasem ostrości, wychodzi brak OIS.

Zdjęcie wykonane telefonem Motorola Edge / dziennik.pl
Zdjęcie wykonane telefonem Motorola Edge / dziennik.pl
Zdjęcie wykonane telefonem Motorola Edge / dziennik.pl
Zdjęcie wykonane telefonem Motorola Edge / dziennik.pl
Reklama
Zdjęcie wykonane telefonem Motorola Edge / dziennik.pl
Zdjęcie wykonane telefonem Motorola Edge / dziennik.pl
Zdjęcie wykonane telefonem Motorola Edge / dziennik.pl
Zdjęcie nocne wykonane telefonem Motorola Edge / dziennik.pl

Ostatnią rzeczą na „tak” jest bateria. Ogniwo ma 4500 mAh i radzi sobie doskonale, ja osiągałem około 8h pracy na włączonym ekranie. W tym miejscu jednak musimy zacząć wyliczać…

Co jest na „nie”

Bo skoro przy baterii jesteśmy. Czas pracy jest świetny, ale czas ładowania już niekoniecznie. Napełnienie ogniwa 18 W ładowarką z zestawu od 20 do 100 proc. zajmowało mi ponad 2h. Rekordziści na rynku są w stanie naładować baterię w ok. 50 min. Standardem w tej półce cenowej jest jakaś godzina dwadzieścia. Przyjmuję argument, że tak traktowana bateria ma szanse pożyć dłużej, ale odbiega to niestety zauważalnie od standardów w tej klasie. W dodatku nie ma ładowania indukcyjnego…

Kolejną kontrowersją jest materiał, z którego zbudowane są plecki urządzenia. To plastik a nie szkło. Szkoły są dwie, jedna mówi, że szkło jest lepsze, bardziej prestiżowe i co ważne odporniejsze na zarysowania. Druga – że plastik może i łatwiej się rysuje ale rzadziej pęka i w sumie to on jest lepszy. Ja zawsze wybieram trzecią ścieżkę i niezależnie od tego z czego wykonano tył telefonu, ładuję go w etui. Dla bezpieczeństwa. Tu plusem jest to, że etui znajdziemy w pudełku, tyle, że konstrukcja ekranu uniemożliwia chronienie boków, więc i tak na telefon trzeba bardzo uważać.

Motorola Edge / dziennik.pl

Uważać też musimy na deszcz i wodę, telefon nie spełnia norm IP 67 czy 68 i bezpieczniej będzie trzymać go od wilgoci z daleka.

Czyli…

Jak na cenę 3 tys. zł (bez złotówki) kontrowersyjnych decyzji twórców Motoroli Edge jest sporo. Z drugiej strony plusów też jest całe mnóstwo, a pod względem designu jak dla mnie telefon jest majstersztykiem. Jeśli ktoś kupuje rozumem, niech poczeka aż cena spadnie o kilkaset złotych. Jeśli ktoś kupuje sercem a pieniądze nie są dla niego problemem, śmiało może kupować już teraz. Bo w sumie to udane urządzenie z którego korzysta się niesłychanie przyjemnie.