Huawei zaskakująco szybko nauczył się, jak robić dobre, a nawet bardzo dobre telefony. Teraz czekam z niecierpliwością, kiedy stworzy coś, co rzuci mnie na kolana – tak napisałem po dwóch tygodniach spędzonych w czerwcu z flagowym wówczas P10 Plus. Od tego czasu minęło pięć miesięcy, a ja już się doczekałem. Szybko.

Wygląd, budowa
Firma stale udoskonala swoje produkty, wie co się dzieje na rynku i podąża za trendami. Czego Mate 10 Pro jest doskonałym przykładem. Telefon ma wielki, 6 calowy ekran, ale dzięki zastosowaniu najmodniejszych obecnie proporcji, czyli 18:9 (choć po lekcjach matematyki z synem wiem, że ułamki się upraszcza, więc będę używał raczej sformułowania 2:1), i cienkich (ale nie za cienkich) ramek, udało się go zmieścić w stosunkowo niewielkich rozmiarach 154,2 x 74,5 x 7,9 mm. Smartfon da się więc obsługiwać jedną ręką, z tym, że słowa „komfortowo” bym tu nie użył. Co jednak najważniejsze dla użytkownika – ekran jest płaski a nie zakrzywiony na bokach, więc nie mamy tak przemożnego np. we flagowcach Samsunga wrażenia, że zaraz niechcący uruchomimy coś, czego uruchamiać wcale nie mieliśmy zamiaru. Dzięki temu chwyt telefonu jest bardzo pewny. A to się może przydać, bo Mate 10 Pro jest śliski – szklane plecki robią swoje. Cóż – Huawei postawił na wygląd, a nie na praktyczność. Ale jestem mu to w stanie wybaczyć, bo smartfon prezentuje się doskonale. Z tyłu – bo dwa umieszczone centralnie i pionowo obiektywy aparatów wyróżniono poziomym paskiem w nieco innym odcieniu niż reszta telefonu (mój był akurat ciemno szary), co dodaje mu charakteru i rozbija ewentualną monotonię.

Z przodu – bo, także zgodnie z najnowszymi trendami, Huawei zastosował ekran OLED (FHD + 1080 x 2160 pixeli, 402 ppi), który jest doskonały. Kolory są przyjemne dla oka, nasycone ale nie przesycone (co np. przy matrycach AMOLED zdarza się dość często). Bardziej wybredni mogą sobie w ustawieniach dostosować tryb kolorów (normalne i wyraziste), lub zmienić temperaturę barw (domyślna, ciepła, zimna).

Wszystkie przyciski (włączanie plus regulacja głośności) znajdziemy na prawym boku, na lewym jest tylko slot na karty SIM. Z tyłu centralnie umiejscowiono czytnik linii papilarnych, na dolnej krawędzi USB C i głośnik, na górnej zaś diodę podczerwieni. Nad ekranem, wciśnięta w głośniczek, tli się nieśmiało dioda powiadomień. Całość prezentuje się świetnie, telefon sprawia wrażenie z jednej strony solidnego, z drugiej bardzo eleganckiego. Co ważne, ekran Huaweia Mate 10 Pro ma powłokę oleofobową (niby oczywista oczywistość, ale w serii P10 jej nie było, przez co telefon paskudnie zbierał tłuste ślady po palcach). Teraz nie ma z tym żadnego problemu (a przynajmniej nie jest on większy, niż w innych smartfonach).
W sumie za wygląd i budowę daję szkolną piątkę z moich, prehistorycznych czasów, albo szóstkę – z czasów obecnych.

Specyfikacja, działanie
Huawei w swoich flagowych modelach stosuje autorskie procesory. Nie inaczej jest i w tym przypadku – mamy tu najnowszy, ośmiordzeniowy Kirin 970, wspomagany układem graficznym Mali G-72 MP 12. Do tego 6 GB pamięci RAM i 128 GB pamięci wbudowanej (o braku możliwości rozszerzenia jej kartą pamięci jeszcze wspomnę). Ten tajemniczy zbiór literek i cyferek działa doskonale. W AnTuTu Benchmark wyciąga 177186 pkt, co czyni ten układ podobnym lub nawet nieco wydajniejszym od doskonałych Snapdragonów 835. A w codziennej pracy sprawia, że używanie telefonu jest czystą przyjemnością. Wszystko dzieje się w mgnieniu oka. Ściąganie czy uruchamianie aplikacji, wczytywanie stron, najbardziej wymagające gry – nie ma dla niego zadania, któremu by nie sprostał. W dodatku zmuszony do ciężkiej pracy prawie się nie nagrzewa. Jest oczywiście moduł NFC, czyli praktycznie nie musimy nosić ze sobą portfela, wszystkie płatności załatwimy telefonem. Mate 10 Pro spełnia też normę IP 67 (chciałoby się powiedzieć w końcu), nie musimy więc się martwić o przypadkowe zalanie, teoretycznie wizyta na basenie też nie powinna mu być straszna. Telefon, który miałem w testach, był wersją dual SIM, obydwa sloty obsługują LTE.

Mistrzostwem świata jest czytnik linii papilarnych. Nie dość, że jest najszybszy na rynku i odblokowuje telefon błyskawicznie, to jeszcze możemy przypisać do niego rozmaite funkcje – ściąganie belki powiadomień, przewijanie zdjęć w galerii (bardzo fajne rozwiązanie), czy blokowanie dostępu do aplikacji (wszystkich, które mamy).

GPS łapie i utrzymuje sygnał bez najmniejszych zastrzeżeń. Telefon doskonale sprawdza się jako samochodowa nawigacja. Nie ma też mowy o zamykaniu aplikacji działających w tle, np. tych do uprawiania sportu. Natywnie wszystko jest ustawione tak, by smartfon trzymał je w pamięci, i dopiero gdy chcemy z tego zrezygnować, musimy ręcznie je odznaczyć. Ja przejechałem w niedzielne popołudnie na rowerze prawie 28 km, mając uruchomiony Runastic do śledzenia trasy i słuchając muzyki przez Spotify. I wszystko, od pierwszego do ostatniego kilometra, działało jak należy.

I na koniec tej części wisienka (lub, by być w zgodzie z najnowszymi trendami) truskawka na torcie. Bateria. Mate 10 Pro ze wszystkich tegorocznych flagowców działał najdłużej na jednym ładowaniu. W moich rękach wytrzymywał bez kłopotów całe dwa dni i nie dokonał tego żaden inny topowy model. Wyładowany, dzięki Quick Charge wraca do życia bardzo szybko. Jeśli więc dla kogoś czas pracy z dala od ładowarki jest jedną z ważniejszych rzeczy w telefonie, to ten model jest właśnie dla niego.

Oprogramowanie
Tu jest o czym pisać. Więc szybko i konkretnie. System to Android 8.0, przykryty nakładką EMUI 8.0. A ta jest dość bogata. Albo mówiąc inaczej – jest gąszczem ustawień, z którymi użytkownik telefonu musi się zmierzyć. Życząc powodzenia, podpowiadam co ciekawsze i mniej oczywiste rzeczy.

1. W zakładce Bateria mamy możliwość Przyciemnienia kolorów interfejsu, czyli zmiany jego koloru z białego na czarny. Pozwoli to na zmniejszenie użycia energii, stąd pewnie taka opcja znalazła się właśnie w tym miejscu.
2. W zakładce Aplikacje i powiadomienia mamy opcję Aplikacja bliźniacza – tam możemy sklonować swoje Facebokowe i Messengerowe konto.
3. W zakładce Wyświetlacz w opcji Styl ekranu głównego możemy ustawić, czy ma on być płaski, gdzie wszystkie aplikacje są rozmieszczone na ekranie głównym, czy też klasyczny, z szufladą. W tej zakładce możemy też zmienić rozmiar tekstu, rozdzielczość ekranu (zejście z FHD+ na HD+ pozwoli zaoszczędzić nam trochę energii), czy ustawić tryb kolorów wyświetlacza.
4. W zakładce Dźwięk wśród wielu opcji znajdziemy Stereo +, dzięki której możemy zdecydować, czy chcemy, by po obróceniu telefonu z pionu do poziomu dźwięk wydobywał się z dwóch głośników (czyli był stereo właśnie).
5. W zakładce Bezpieczeństwo i prywatność natkniemy się na opcję Informacje zawsze wyświetlane. To nic innego jak Always on Display, więc po jej aktywowaniu na wygaszonym ekranie będą się nam pokazywały: data, godzina, stan baterii, informacje o SMS-ach i nieodebranych połączeniach.
Kolejną interesującą tu rzeczą jest możliwość stworzenia Przestrzeni prywatnej – coś w sam raz dla niewiernych żon i mężów. Po skojarzeniu jej z konkretnym palcem możemy w dziecinnie prosty sposób przechodzić do miejsca niedostępnego dla niepowołanych osób, z osobnymi kontaktami, zdjęciami czy aplikacjami.
Jest też Sejf plików, gdzie możemy trzymać zabezpieczone hasłem zdjęcia, filmy czy jakieś dokumenty.
Dzięki Blokadzie aplikacji zablokujemy możliwość wejścia niepowołanym osobom do konkretnych programów.
6. W zakładce Inteligentna pomoc w opcji Nawigacja systemowa zmienimy kolejność przycisków na pasku nawigacji i uruchomimy przycisk wiszący, którym możemy nawigować po telefonie.
W Sterowaniu ruchem znajdziemy Gesty knykciem, które pozwalają w prosty sposób zrobić zrzut ekranu, podzielić go, lub rysować litery w celu otworzenia konkretnych aplikacji.
7. W zakładce System ulokowano Tryb prosty, który pozwala osobom mniej sprawnym na w miarę komfortowe posługiwanie się telefonem.

Zdjęcia, wideo
W skrócie – jestem pod wrażeniem. Ale raczej zdjęć, niż filmów. W Mate 10 Pro mamy dwa obiektywy 20 i 12 mpx, oba z jasną przesłoną 1.6. W mocniejszym jest także optyczna stabilizacja obrazu. Jakie robią zdjęcia? Bardzo dobre. I to nie tylko w słoneczne dni, o które coraz trudniej, ale także w nocy i słabszych warunkach oświetleniowych. Fotografie są jasne, z imponującą ilością szczegółów, bardzo naturalnym odwzorowaniem kolorów. Dla bardziej wymagających użytkowników jest tryb ręczny, jest możliwość zapisywania zdjęć w formacie RAW, są tryby małej przesłony i portretowy. Przeskakiwać między obiektywami (czyli zbliżać obiekty) możemy w rozdzielczości 12 mpx. Zresztą co tu dużo pisać, lepiej popatrzeć.

Kamerka do selfie ma 8 mpx, przesłonę 2.0 i mówiąc kolokwialnie, daje radę.

Co z wideo zapytacie? Tu już tak różowo nie jest, choć nie można też napisać, że jest źle. Filmy nakręcimy w rozdzielczościach: 4K, FHD (30 i 60 FPS) i niższych. Przynajmniej Huawei ma jakąś (niewielką) możliwość progresu w kolejnym modelu. A fragment mojej rowerowej eskapady można zobaczyć tu:

Czego Mate 10 Pro nie ma (albo ma, tylko nie wiem po co)
Na wstępie napisałem, że Huawei podąża za trendami. Niestety, nie tylko za tymi dobrymi. Za złymi też. Bo w Mate 10 Pro na próżno szukać wejścia słuchawkowego. I mówiąc szczerze, trochę mnie to uwiera. Co prawda w zestawie dostajemy dość wygodne i niezłej jakości słuchawki z wejściem na USB C, jest też przejściówka, dzięki której możemy podpiąć swoje ulubione urządzenie. Ale jednak trzeba o tym pamiętać, przejściówka zresztą najprawdopodobniej prędzej czy później gdzieś nam się zawieruszy. Oczywiście korzystanie ze słuchawek bluetooth rozwiązuje te problemy, ale tu znów trzeba pamiętać o ich ładowaniu. Jedna mała dziurka, a tyle kłopotów... Pozostawiając na boku te dylematy, muszę jednak napisać, że telefon gra bardzo przyjemnie dla ucha. Jest korektor, jest efekt 3D, są różne tryby, każdy powinien znaleźć odpowiadające mu ustawienie. Mate 10 Pro bardzo dobrze odtwarza też muzykę na głośnikach zewnętrznych, wykorzystując do tego nie tylko ten położony na dolnej krawędzi, ale też ten nad ekranem, do rozmów.

Telefon nie ma także slotu na kartę pamięci. Z jednej strony, przy 128 GB pamięci wbudowanej, nie jest to jakiś wielki problem, więc i dramatyzować nie zamierzam. Ale jeśli ktoś (tak jak ja) ma zapisaną muzykę właśnie na karcie pamięci, to tu niestety nie może jej w prosty sposób przenieść do smartfona. Trzeba się trochę pobawić z komputerem, dyskiem itd...

Telefon ma za to... sztuczną inteligencję, czyli układ sieci neuronowej (NPU). Ma dzięki temu uczyć się naszych zachowań – tak przynajmniej Huawei reklamował ten model. Wszyscy recenzenci zwracają uwagę, że dzięki temu rozwiązaniu np. przy robieniu zdjęć smartfon automatycznie podpowiada odpowiednie ustawienia, pokazując jednocześnie np. ikonkę jedzenia (czyli że niby rozpoznaje, że będziemy robić zdjęcie schabowego, by poinformować naszych znajomych na Facebooku albo Instagramie, że właśnie spożywamy obiad). Nieśmiało chciałem zauważyć, że telefony Sony, np. starsza już Xperia X, w trybie lepsza automatyka także pokazują ikonkę jedzenia czy krajobrazu i same sterują ustawieniami. A o jakiejś inteligencji w ich przypadku mowy być nie może. Oczywiście nie mam zamiaru być tym, który zakrzyknie „król jest nagi”, więc umówmy się, że NPU jest melodią przyszłości, i z pewnością za jakiś czas poznamy jego możliwości. Ale teraz chyba jest na to za wcześnie.

Czyli...
Mate 10 Pro kosztuje sporo, bo 3500 zł (bez złotówki), także w tym aspekcie wpisując się w tegoroczne trendy. Ma jednak dużo argumentów, którymi może przekonać do siebie potencjalnych użytkowników – rewelacyjna, nowoczesna budowa, doskonałe działanie, świetne zdjęcia czy najlepsza w tym segmencie bateria. Dlatego jeśli ktoś ma odłożony woreczek pieniędzy i rozważa kupno tego modelu, nie musi się bać. Telefon zyskiwał w moich oczach z każdym dniem, i po dwóch tygodniach z czystym sumieniem mogę napisać, że to zdecydowanie smartfonowa ekstraklasa.