Mówiąc, a raczej pisząc wprost – Mate 20 Pro ma problem, z którym trzeba się rozprawić na początku tej recenzji. To kłopot z ekranem i tzw. „afera klejowa”. Już tłumaczę. Za wyświetlacze OLED w Mate 20 Pro odpowiedzialne są: chińskie BOE i koreańskie LG. I to właśnie produkt tej drugiej firmy dał plamę i to w sensie dosłownym. W niektórych bowiem egzemplarzach na bokach ekranów pojawiają się dziwne, zielone przebarwienia – najprawdopodobniej spowodowane rozlewającym się klejem. Jest to niestety zjawisko dość powszechne, na własne oczy widziałem już trzy modele z taką przypadłością – wszystkie z ekranami od LG.

Jak sprawdzić, kto wyprodukował wyświetlacz w naszym egzemplarzu? Ze sklepu Google Play instalujemy aplikację Device Info HW. Po jej otwarciu w sekcji „Ogólne” znajdziemy „Ekran dotykowy”, a tam jego producenta. Jeśli będzie to BOE – mamy szczęście. Jeśli LG – mogą czekać nas kłopoty.

Co w tej sytuacji zrobi Huawei? Przez pierwsze dni nie robił nic, potem, gdy sprawa stawała się coraz głośniejsza, firma wydała dość kuriozalne oświadczenie, w którym stwierdziła, że przebarwienia są czymś normalnym dla ekranów z zakrzywionymi krawędziami. Następnie mowa była o wymianie wyświetlaczy, teraz zaś wygląda na to, że Huawei stanął na wysokości zadania i po prostu wymienia wadliwe egzemplarze. To jedynie słuszne rozwiązanie, szkoda, że Chińczycy nie zareagowali tak od razu i tym samym nie zdusili afery w zarodku. Moim zdaniem firma powinna też wycofać ze sprzedaży wszystkie modele wyposażone w ekrany LG, tak by nie narażać potencjalnych klientów na niezbyt przyjemną loterię zakupową. Huawei nie jest jedynym producentem, który ma coś za uszami, podobne wizerunkowe wpadki mają za sobą i Apple (zażółcone ekrany, problemy z antenami, wyginające się obudowy) i Samsung (wybuchające baterie w Galaxy Note 7). Nie myli się ten, kto nic nie robi, ważne by wyjść z kryzysu z twarzą, co w tym wypadku udało się Huaweiowi tak sobie. Załóżmy jednak, że z rynku znikną egzemplarze z ekranami od LG, a zostaną te wyprodukowane przez BOE (tak jak jest to w moim testowym modelu). Czy w takiej sytuacji należy bez wahania wydawać ponad 4 tys. zł, czy może postawić na model już sprawdzony, pozbawiony chorób wieku dziecięcego i wciąż świetny, a sporo tańszy, czyli P20 Pro? Różnica w cenie to mniej więcej 1300 zł – za taką kwotę można kupić niezłej klasy smartfon. Gra więc warta jest świeczki, zwłaszcza, że P20 Pro, choć oczywiście potrafi mniej od Mate 20 Pro, to jednak wciąż błyszczy.

Budowa, wykonanie

Oba modele wychodzą z zupełnie innego założenia. O P20 Pro pisałem już tu, porównując go z Samsungiem Galaxy S9 Plus. W skrócie – ma stylistykę wzorowaną na iPhone X, z płaskim wyświetlaczem, wystającymi obiektywami aparatu i czytnikiem linii papilarnych umieszczonym pod ekranem. Telefon w porównaniu do Mate 20 Pro jest minimalnie szerszy, ale leży w dłoni bardzo wygodnie, brak zakrzywień ekranu nie naraża nas na jakieś przypadkowe jego dotknięcia i dla mnie korzystanie z niego jest bardzo wygodne.

Mate 20 Pro też nie jest oryginalny, bo czerpie garściami ze stylistyki topowych Samsungów. Zakrzywione krawędzie ekranu wyglądają bardzo dobrze i nowocześnie, ale funkcjonalnością ustępują płaskiemu modelowi P. Chwyt, choć komfortowy (telefon jest węższy od P20 Pro), to jednak nie jest tak pewny, bo przez przypadek możemy dotknąć częścią dłoni w ekran, włączając niechcący jakąś aplikację albo kolejny film na YouTube (mi w każdym razie zdarzyło się to kilka razy, zwłaszcza na początku mojej z nim przygody).

Zdecydowanie też moje ręce cierpły o wiele szybciej podczas trzymania Mate 20 Pro w czasie wieczornych filmowych sesji niż działo się to w przypadku P20 Pro. Obiektywy aparatów ustawione w kształcie kuchenki indukcyjnej wystają nad powierzchnię plecków zdecydowanie mniej niż w przypadku P20 Pro, mniej także palcuje się obudowa, gdyż szkło nie jest gładkie, a ma lekko chropowatą fakturę. Mimo więc niewielkiego narzekania muszę przyznać, że telefon prezentuje się bardzo ładnie i nowocześnie.

Przód P20 Pro to 6.1 calowy ekran Full HD+ wykonany w technologii OLED, z zagęszczeniem 408 pixeli na cal. Jest bardzo jasny, co zdecydowanie pomaga w słoneczne dni, ale nieco przeszkadza w ciemnościach. I ma notcha, czyli wcięcie w ekranie, które nie jest kuriozalnie wielkie, więc ilość wyświetlanych powiadomień na górnej belce jest spora i które można ukryć, jeśli bardzo nas drażni (mnie nie).

W Mate 20 Pro ekran OLED QHD+ z zagęszczeniem 538 pixeli na cal ma przekątną 6.39 i jest rewelacyjnej jakości (piszę oczywiście o wyświetlaczach wyprodukowanych przez BOE a nie LG). Wysoka rozdzielczość ma jednak swoje konsekwencje w postaci sporego poboru energii (o tym za chwilę). Notch jest z gatunku tych gigantycznych, powiadomień więc nie mieści się zbyt wiele, a ja po raz pierwszy zdecydowałem się na jego ukrycie.

Pewnym wytłumaczeniem takich rozmiarów jest umieszczenie w nim zaawansowanych czujników 3D, dzięki czemu w mgnieniu oka możemy odblokować twarzą nasz telefon nawet w ciemności, nie ma też możliwości oszukania go zdjęciem (ja przynajmniej nie słyszałem, by komuś się to udało). Ekran w Mate 20 Pro różni się od tego w P20 Pro jeszcze jedną, dość istotną rzeczą. Otóż umieszczono w nim czytnik linii papilarnych. Gdy uderzymy w wyświetlacz w dowolnym miejscu, podświetla się punkt w którym należy przyłożyć palec. Samo odblokowywanie trwa jednak dłuższą chwilę, trzeba lekko nacisnąć ekran i choć wrażenie jest bardzo „futurystyczne” i nowoczesne, to jednak daleko mu do skuteczności i szybkości rozwiązania zastosowanego w P20 Pro. Mimo wszystko jednak brawa dla Huaweia za wprowadzenie takiej nowości.

W P20 Pro czytnik linii papilarnych umieszczono pod ekranem, telefon reaguje w ułamku sekundy na każde dotknięcie płytki i nie znam smartfona, który byłby pod tym względem szybszy i bardziej niezawodny. P20 Pro przegrywa za to pod względem „face unlock”, bo choć szybkość odblokowywania jest praktycznie identyczna, to jednak system nie jest oparty na technologii 3D a jedynie na obrazie rejestrowanym przez przednią kamerkę, więc w ciemnościach nie daje rady i musimy sięgać palcem do czytnika.

Specyfikacja, działanie

Mate 20 Pro jest napędzanym Kirinem 980 – najnowszym i najmocniejszym procesorem produkowanym przez Huaweia. W AnTuTu Benchmark wyciąga 233457 pkt. Do tego mamy 6 GB RAM (128 GB pamięci wbudowanej). Ten zestaw sprawia, że telefon „lata”. Wszystko dzieje się szybko, a co najważniejsze, wszystko dzieje się super płynnie i mówiąc szczerze w codziennym użytkowaniu nie widzę żadnej różnicy między tym procesorem a najlepszym dzieckiem Qualcomma – Snapdragonem 845. Do tego telefon ma cały „zestaw obowiązkowy” flagowców, czyli wodoodporność (norma IP 68), super szybkie ładowanie, ładowanie indukcyjne i potężną baterię (o tym jeszcze za chwilę), NFC, podwójny GPS, podwójne WiFi, dual SIM, dźwięk stereo z głośników zewnętrznych, diodę powiadomień i Always on Display, czujnik IrDa na podczerwień, dzięki któremu zmienimy telefon w pilota do domowych urządzeń. Jest też slot na kartę pamięci, ale tu Huawei trochę pokombinował, bo chce, byśmy używali karty w formacie Nano Memory, którą produkuje… on sam rzecz jasna. I która tania nie jest, 128 GB kosztuje 299 zł. „Flagowo” prezentuje się także brak wejścia mini-jack na słuchawki, bo w chwili obecnej przewaga jest chyba po stronie topowych urządzeń, które go nie mają.

P20 Pro jest oczywiście modelem uboższym, co nie znaczy, że ubogim. Procesor jest starszy – bo to Kirin 970 (RAM i pamięć wbudowana jest identyczna), ale nadal błyskawicznie i bez problemu radzi sobie ze wszystkimi programami czy grami. Norma wodoszczelności to IP 67, ale różnica między nią a IP 68 jest taka, że obie gwarantują, że telefon przeżyje zanurzenie do 30 min. Tyle że w tym drugim przypadku producent może ten czas wydłużyć (np. do 35 min.). Brak jest ładowania indukcyjnego, slotu na kartę pamięci (128 GB powinno jednak starczyć nam na dość długo), a GPS jest pojedynczy (nie zauważyłem jednak różnicy w codziennym używaniu – i jeden i drugi jest bardzo dobry). Moim zdaniem telefon wciąż spełni oczekiwania nawet najbardziej wymagających użytkowników.

Oprogramowanie

W chwili pisania tego artykułu (21 listopad) Mate 20 Pro działa na Androidzie 9 i EMUI 9, w P20 Pro niestety wciąż znajdziemy Androida 8.1 i EMUI 8.1. Są więc między nimi różnice, które pewnie znikną, gdy P20 Pro dostanie aktualizację. Moim zdaniem jej przygotowanie powinno być szybsze, jednak Huawei zapewnia, że będzie ona dostępna „na dniach”.

Mate 20 Pro ma więc m.in.: możliwość blokowania dostępu do wybranych przez nas aplikacji hasłem bądź czytnikiem linii papilarnych, klonowania aplikacji (Facebook, Messenger), oszczędzania baterii, zmieniania rozdzielczości ekranu, motywów i tapet, dostosowania kolorów i temperatury barw wyświetlacza, łatwą projekcję, czyli bezprzewodową możliwość podłączenia telefonu do monitora. Ma też po raz pierwszy gesty, podobne do tych stosowanych w iPhonach czy niektórych modelach Xiaomi. Działają doskonale, a ponieważ jestem ich gorącym zwolennikiem, to dla mnie jedna z większych zalet tego telefonu. Zmieniono też wygląd „Ustawień” i to na plus (podobieństwo do Samsunga rzuca się w oczy, inspirowanie się działalnością innych firm zawsze było mocną stroną Chińczyków). Zamiast długiej listy wszystkich ustawień w poszczególnych kategoriach, w której łatwo można się było pogubić, dostajemy tylko te najważniejsze, resztę zaś znajdziemy w podpowiedziach.

P20 Pro wciąż czeka na EMUI w wersji 9, system wygląda więc nieco inaczej i jest odrobinę mniej przyjazny użytkownikowi, ale co do zasady znajdziemy w nim niemal identyczne funkcjonalności. Niemal, bo do „łatwej projekcji” potrzebujemy kabla i stacji dokującej, a gestów niestety nie mamy i obawiam się, że w EMUI 9 ich nie będzie. Wszystko przez ulokowanie czytnika linii papilarnych pod ekranem, co przeszkadza w ich stosowaniu. Na osłodę pozostaje nam nawigowanie czytnikiem – też wygodne, choć nieco mniej od zwykłych gestów.

Zdjęcia, wideo

Mate 20 Pro to moim zdaniem fotograficzny progres, ale i minimalny regres jednocześnie. Progres, bo jednym z trzech aparatów z tyłu jest teraz aparat szerokokątny, zamiast monochromatycznego. I daje nam to niesłychane możliwości, znane do tej pory jedynie ze smartfonów LG i Asusa. Tu jesteśmy w stanie, nie ruszając się z miejsca, złapać o wiele więcej w jednym ujęciu niż w każdym innym telefonie.

Regres – bo matryca monochromatyczna służyła, w uproszczeniu, do podwyższenia jakości przetwarzanych zdjęć. I widać to zwłaszcza w zdjęciach nocnych, które moim zdaniem lepiej prezentują się w P20 Pro.

Nadal jednak zestaw trzech obiektywów z tyłu (40, 20 i 8 mpx) powoduje, że Mate 20 Pro jest jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym fotograficznym smartfonem na rynku. Zwłaszcza, że dodano tu tryb supermakro – dzięki niemu telefon jest w stanie złapać ostrość obiektu realnie z odległości 2, 3 cm.

Kamerka do selfie ma 24 mpx, ale trochę odstaje od tych z przodu, od czasu do czasu zdarzają się jej kłopoty ze złapaniem ostrości, nie najlepiej też sobie radzi przy małej ilości światła. Huawei utemperował także działanie sztucznej inteligencji. Zdjęcia z włączonym AI są zdecydowanie bardziej naturalne niż te z P20 Pro.

Poprawiono jakość wideo, a to dzięki zastosowaniu optycznej stabilizacji obrazu, choć przy nagraniach w 4K nie działa ona idealnie. Widać też lekkie zniekształcenia obrazu z lewej strony, co mam nadzieję można poprawić aktualizacjami. Dodano oryginalne funkcje jak kolor AI – gdzie główny obiekt przez nas filmowany jest kolorowy, cała zaś reszta czarno-biała, czy rozmycie tła – identyczne do tego, jakie możemy zastosować podczas robienia zdjęć.

Jeżeli więc P20 Pro prezentuje się pod względem fotograficznym doskonale, to Mate 20 Pro jest od niego jeszcze lepszy, może zdecydowanie więcej, a w możliwościach wideo wręcz bije go na głowę.

Bateria, dźwięk

Ta w Mate 20 Pro jest większa, niż w P20 Pro – ma pojemność 4200 mAh. Tyle, że ekran też ma większą rozdzielczość, jest też po prostu większy, więc czasy uzyskiwane przeze mnie na jednym ładowaniu są bardzo do siebie podobne, a czasami wręcz udaje mi się z modelu starszego (4000 mAh) wycisnąć więcej. Pamiętajmy, że mówimy tu o osiągach zdecydowanie ponadprzeciętnych, zwłaszcza dla modeli flagowych. 2 dni z dala od ładowarki są do uzyskania bez większego problemu, w moim przypadku czas pracy na baterii oscylował wokół 6 godzin. Mate 20 Pro bije P20 Pro ładowaniem indukcyjnym, możliwością takiego naładowania innego urządzenia i super szybkim ładowaniem, gdzie baterię napełnimy od 0 do 100 proc. w nieco ponad godzinę.

Możliwości muzyczne obu telefonów są flagowe, ale spokojnie można znaleźć kilka urządzeń które grają lepiej. Dźwięk na słuchawkach, które niestety i tu i tu musimy podłączyć za pomocą przejściówki, jest wspomagany przez aplikację Dolby Atmos. Głośniki zewnętrzne są dwa – muzyka wydobywa się przez ten do rozmów nad ekranem i w przypadku P20 Pro przez głośnik na dolnej krawędzi, a w przypadku Mate 20 Pro – przez… USB C, bo tam nietypowo głośnik umieszczono. Muzyki możemy też słuchać ładując telefon, a zniekształcenie nie jest znaczne, choć jednak słyszalne.

Czyli…

Po pierwsze – Huawei teraz mocno cierpi. Bo z jednej strony stworzył smartfon doskonały. Z drugiej, ma z nim kłopoty, które mogą mu się odbić czkawką w sensie utraty zaufania przez klientów. Zaufanie jest moim zdaniem wartością olbrzymią, do której dochodzi się latami, a stracić ją można w mgnieniu oka. Dlatego mam nadzieję, że firma machnie ręką na doraźne koszty i ściągnie z rynku egzemplarze z felernymi wyświetlaczami, bo tak postępując, choć na krótszą metę straci, to w dłuższej perspektywie zyska.

Po drugie – jeśli ktoś ma wątpliwości, czy ryzykować zakup Mate 20 Pro, może spokojnie skusić się na P20 Pro – to model bardzo udany, który sprawdził się już na dłuższym dystansie i z którego też będzie bardzo zadowolony.