Dziś na dobrze działający telefon ze średniej półki trzeba wydać około tysiąca złotych. Dokładając 500-600 zł, kupić można smartfon, który nie tylko działa, ale i wygląda jak flagowiec. To już jednak spore koszty (choć i tak to wciąż mniej więcej połowa tego, ile trzeba wydać na najdroższe iPhone'y czy Samsungi, a ułamek ceny absurdalnie drogiego Huaweia Mate 9 pro Porsche Design). Odkładając na bok prestiż, we wszystkich smartfonach chodzi jednak mniej więcej o to samo: dzwonienie i internet (dobre zdjęcia potraktujmy jako miły dodatek). Pytanie brzmi: czy w smartfonie za 500 złotych znajdziemy choć namiastkę tego, co w sporo droższych modelach? Postanowiłem to sprawdzić na przykładzie ZTE Nubii Z7 Max.

Telefon można znaleźć na chińskich portalach aukcyjnych, a trzeba za niego zapłacić 100-115 dolarów. Ja zapłaciłem tę wyższą kwotę, ale za to Nubia została mi doręczona prosto z Niemiec, w dwa dni. Koszt po przeliczeniu na złotówki: 460 zł. Jeśli kupimy go z wysyłką z Chin, przygotujmy się na dłuższą dostawę i VAT, czyli 23 proc. wartości.

Dlaczego spośród setek chińskich telefonów wybrałem właśnie ten? Po pierwsze ZTE jest firmą znaną na światowych rynkach i sprzedaje swoje smartfony w Polsce w oficjalnej dystrybucji (choć tego modelu nigdy nie miała). Po drugie - trzy lata temu ten telefon uznawany był za model flagowy i wciąż, mimo upływu lat, ma podzespoły, na które należy patrzeć z szacunkiem. To przede wszystkim procesor - Snapdragon 801 - który znajdziemy chociażby w udanych: Samsungu Galaxy S5, Xperii Z3 czy LG G3. I po trzecie - jest tani. Wiem, zachowałem się jak większość rodaków, kupujących passata z Niemiec od dziadka jeżdżącego nim w niedziele do kościoła. Wiedziałem doskonale, że skutki mojej decyzji mogą okazać się fatalne, ale i tak miałem nadzieję na świetną okazję. 

Wygląd, podzespoły

Nubia Z7 Max funduje nam podróż do przeszłości - dziś smartfonów się już tak nie robi. Zazwyczaj są to jednobryłowe, metalowe lub szklane konstrukcje, w których nie dostaniemy się do baterii. Tymczasem tu możemy zdjąć plecki telefonu, a naszym oczom ukaże się ogniwo i trzy sloty - dwa na karty SIM i jeden na kartę pamięci. Nie musimy więc stawać przed trudnym wyborem: dwa numery czy jeden i większa ilość pamięci (tak jak to jest w najpopularniejszych teraz slotach hybrydowych). Nieco rozczarowujący jest brak możliwości wyjęcia baterii, ale i tak jej wymiana jest z pewnością prostsza niż w telefonach, których rozebrać nie jesteśmy w stanie. Same plecki są wykonane z przyjemnego plastiku o fakturze gumy, dzięki czemu sporych rozmiarów telefon (ekran 5,5 cala) bardzo pewnie i wygodnie trzyma się w dłoni. Nie zsunie się nam też nieoczekiwanie z nierównej powierzchni. Na pleckach znajdziemy ładny napis "nubia" z czerwonym akcentem, w takim samym kolorze jest metalowa obramówka wokół oczka kamery. Niestety z tyłu, a nie z przodu lub na dolnej krawędzi, jest też głośnik, który można dość łatwo przytłumić.

Dobre wrażenie robi wzmocnione, solidne wejście USB na dolnej krawędzi. Na górnej jest dioda podczerwieni, ale ku mojemu rozczarowaniu po prostu nie działała i nie wykrył jej też żaden z programów do obsługi pilota. Ekran jest wielki i bardzo dobrej jakości (IPS TFT, 401 ppi), pokryty szkłem ochronnym Corning Gorilla Glass 3. Przez ponad miesiąc nie zebrał nawet najmniejszej rysy. Przyciski systemowe znajdziemy pod ekranem – to bardzo ładnie wyglądające, podświetlone na czerwono i umieszczone centralnie kółko z dwiema czerwonymi kropkami po obu stronach. Możemy do nich dowolnie przypisać funkcjonalność androidowych przycisków. Wyglądem Nubia Z7 Max na kolana nikogo już nie rzuci, ale mimo upływu trzech lat od premiery, wciąż może się podobać.  

Podobnie wygląda sprawa podzespołów. O Snapdragonie 801 już pisałem (wspomaga go układ graficzny Adreno 330 i 2 GB pamięci RAM) i ten związek wciąż potrafi zawstydzić w AnTuTu Benchmark niejeden nowszy smartfon. Wynik 60414 pkt. robi wrażenie, ale co ważniejsze przekłada się na codzienną pracę telefonu. Wszystko dzieje się tu w mgnieniu oka i nie ma mowy o najmniejszych spowolnieniach, przycięciach czy irytującym oczekiwaniu na wczytanie się jakiejś strony internetowej. Rewelacyjne działa też GPS. Bez żadnych problemów zagramy też w nawet bardziej wymagające tytuły, a telefon absolutnie się przy tym nie przegrzewa. A przypomnę tylko, że mówimy o telefonie za mniej niż 500 zł. Nie można także narzekać na pamięć wbudowaną - to 32 GB (około 26 dla użytkownika). Oczywiście mamy możliwość rozszerzenia jej kartą pamięci i przenoszenia na nią danych aplikacji.

Działanie

Jeśli ktoś właśnie rzucił się do komputera w celu nabycia tej "okazji", niech zatrzyma się jeszcze na chwilę. Bo cudów nie ma - telefon za takie pieniądze nie może się składać z samych plusów, choć ma ich zaskakująco dużo. To, co dobrze wygląda na papierze, nie zawsze sprawdza się w praniu, a minusy wychodzą dopiero po jakimś czasie.

Zacznijmy od oprogramowania. To, które znalazłem w swoim telefonie, to nakładka Nubia UI oparta o Androida 5.1. I jeżeli przez tyle lat telefon nie dostał aktualizacji do Androida 6.0, to znaczy, że już nigdy jej nie dostanie. Oprogramowanie jest spolszczone w mniej więcej 50 proc. Na szczęście drugim językiem jest język angielski a nie chiński, dramatu więc nie ma. Używanie telefonu jest bardzo przyjemne, bo ma on kilka przyjaznych i prostych w obsłudze funkcji.

Po pierwsze - to gesty boczne. Przeciągając palcem po prawej lub lewej stronie ekranu w górę lub w dół, możemy otworzyć wybrane przez nas aplikacje. W ten prosty sposób dostaniemy się bezpośrednio z każdego pulpitu na przykład do galerii czy odtwarzacza muzyki. Funkcja działa idealnie i z pewnością zabraknie mi jej w każdym innym telefonie. Możemy też w dziecinnie prosty sposób podzielić ekran i działać w dwóch oknach. Wystarczy (po aktywowaniu opcji screen split-up) przeciągnąć palcem z dołu w górę. Możemy też wybudzić telefon dwukrotnym uderzeniem w ekran (i uśpić go, korzystając z aplikacji Lock Screen), przechodzić pomiędzy otwartymi aplikacjami, przesuwając trzema palcami w poprzek ekranu (a zamykać je pięcioma), czy robić screenshoty, przeciągając trzema palcami z dołu w górę (przypominam, telefon za mniej niż 500 zł).

W oprogramowaniu zdarzają się jednak i błędy, jak na przykład losowe pokazywanie na pasku powiadomień prędkości przesyłu danych, mimo wyłączenia tej opcji. Z oryginalnej aplikacji do SMS-ów nie byłem w stanie wysłać MMS-a, ale po pierwsze, kto ich jeszcze używa, a po drugie, przejście na google'owski Hangouts rozwiązało ten problem. Przy okazji - jakość połączeń była na przyzwoitym poziomie.     

Dość dziwnie wyglądała też sprawa powiadomień. Telefon nie ma diody, a zastępuje ją przycisk home, który miga, gdy mamy na przykład nieodebrane połączenie. Niestety lista aplikacji, o których w ten sposób możemy być informowani, jest dość krótka i ograniczona - nie byłem w stanie wymusić tego efektu ani dla Gmaila, ani dla Hangoutsa, choć dla oryginalnej aplikacji do SMS-ów czy facebookowego Messengera już tak. 

Telefon szybko łączył się z internetem (i WiFi, i karta SIM), ale w terenie miał problemy. Gdy używałem go w mieście, cały czas działał w trybie 4G, gdy jednak musiałem pojechać gdzieś dalej, przełączał się na 3G w miejscach, gdzie inne telefony wciąż miały zasięg LTE. Rozwiązanie tej zagadki jest dość proste - niestety Nubia Z7 Max nie obsługuje pasma B20.  

Za zdjęcia odpowiada 13 mpx matryca od Sony. I tu podobnie jak w przypadku oprogramowania – jest dobrze, ale nie zawsze. Zdjęcia są dobrej jakości, o ile słońce mamy za sobą. Jeśli jest z boku lub nie daj Bóg z przodu i aparat złapie jego promienie, o dobrym zdjęciu możemy zapomnieć – rozproszone światło sprawia, że zdjęcie wygląda, jakby było robione we mgle (lub smogowej chmurze). Jeśli jednak mamy szczęście, jesteśmy w stanie wykonać nubią naprawdę dobra fotografię.

Gorzej z wideo. Choć procesor umożliwia kręcenie filmów w 4K, to - przynajmniej w moim modelu - najwyższa rozdzielczość to Full HD. A brak stabilizacji obrazu czy kłopoty z szybkim ostrzeniem (zwłaszcza z bliskiej odległości) nie pomagają w osiągnięciu oszałamiających rezultatów.

Przykłady tu:

I tu: 

Mamy za to możliwość kręcenia filmów zwolnionych czy przyspieszonych, malowania światłem (podobną funkcję znajdziemy w telefonach Huaweia), czy robienia zdjęć z zastosowaniem różnych filtrów.

Na pochwałę zasługuje odtwarzacz muzyki, który po pierwsze jest bardzo ładny, a po drugie i najważniejsze, bardzo funkcjonalny – dzięki systemowi Dolby możemy wybrać pasujące nam ustawienia lub stworzyć własne, a dźwięk w słuchawkach jest nie tylko bardzo głośny, ale i dobrej jakości.

Na koniec bateria. Ma pojemność 3100 mAh i miałem obawy, czy jest w stanie długo napędzać tak wielki ekran w połączeniu z dobrej jakości procesorem. Jednak telefon - w zależności od sposobu używania - potrafił wytrzymać od 3 do 5 godzin pracy na włączonym ekranie. Imponująco wyglądało to zwłaszcza, gdy oglądałem np. filmy, korzystając z WiFi czy przeglądałem strony internetowe - wtedy osiągałem najlepsze wyniki. Gdy telefon był wykorzystywany do dzwonienia, działał krócej, co jednak i tak z reguły wystarczało mi na dwa dni z dala od ładowarki. Jak na Androida 5.1 Nubia Z7 Max jest też dość dobrze zoptymalizowana - bateria przez noc potrafiła stracić maksymalnie 7, 8 proc.

Podsumowanie

Pora więc odpowiedzieć na postawione na wstępie pytanie: Czy kupowanie w 2017 roku smartfona wyprodukowanego trzy lata wcześniej ma sens? Moim zdaniem za taką cenę - jak najbardziej. Z wszystkimi opisanymi przeze mnie wadami da się żyć, a jeśli ktoś zna się na telefonach, bez problemu znajdzie alternatywne ROM-y, dzięki którym będzie mógł korzystać nawet z Androida 7.0. Za 500 zł lepszego telefonu chyba się nie znajdzie.