Obejrzałem K5 dokładnie z każdej strony. Przyglądałem mu się z uwagą przez 2 tygodnie. I za nic na świecie nie jestem w stanie pojąć, dlaczego producent każe sobie zapłacić za ten model tysiąc złotych (bez złotówki).

Po pierwsze - wygląd

To oczywiście kwestia gustu, ale jak dla mnie K5 jest po prostu nudny. Telefon jest zrobiony z plastiku. Plastiku, który udaje aluminium, ale to jednak plastik. Na plus – nie trzeszczy. Plecki możemy zdjąć i naszym oczom ukażą się dwa sloty na karty SIM, slot na kartę pamięci i wymienna bateria. Wyświetlacz IPS ma 5 cali (294 ppi), pod nim umieszczono trzy systemowe przyciski, które niestety nie są podświetlane.

Po drugie - podzespoły

2 GB pamięci RAM, 16 GB ROM z możliwością rozszerzenia kartą pamięci - to przyzwoite cyferki typowe dla średniej półki. Gorzej z procesorem - to ośmiordzeniowy Snapdragon 415, który nigdzie się nie spieszy. W AnTuTu Benchmark udaje mu się wycisnąć słabiutkie 28812 pkt. A w codziennym użytkowaniu uczy swojego właściciela cierpliwości. Aplikacje otwierają się powoli, a strony internetowe wczytują w dość ślamazarnym, nawet jak na średnią smartfonową półkę, tempie. Do tego telefon potrafi się na dłuższą chwilę zaciąć, by go włączyć trzeba kilkukrotnie wciskać przycisk uruchamiania. Całość działa na Androidzie 5.1.1 i nie podejrzewam, by producent pokusił się o jego aktualizację do wersji 6.0.

Lenovo dodało do K5 swoją autorską nakładkę na system. Możemy w niej np. wybrać, czy chcemy mieć wszystkie aplikacje na pulpicie, czy też korzystać z szuflady aplikacji (po przyciśnięciu lewego klawisza systemowego pojawią się 4 ikonki: tapety, widgety, preferencje i ustawienia - wyboru dokonujemy, klikając w preferencje), mamy możliwość zmieniania wyglądu za pomocą motywów i kilka programów, m.in. do synchronizowania kontaktów czy udostępniania treści. Jest radio, kompas, program antywirusowy i aplikacje do filmów i muzyki. Lenovo reklamuje w tym modelu ponadstandardowe możliwości odtwarzania muzyki dzięki aplikacji Dolby Atmos i telefon rzeczywiście na słuchawkach gra bardzo przyjemnie. Jednak zewnętrzny głośnik, a raczej dwa głośniki, które są umieszczone z tyłu, wydobywają z siebie dźwięk przeciętnej jakości.

Telefon całkiem sprawnie radzi sobie jako nawigacja. Sygnał GPS jest łapany dość szybko, a połączenie jest stabilne. Niewątpliwym plusem jest też możliwość ustawienia karty SD jako domyślnego miejsca zapisu nie tylko zdjęć czy filmów, ale też i aplikacji.

Niestety K5 nie da się wybudzić podwójnym uderzeniem w ekran, nie znajdziemy w nim też tak popularnego nawet w niższej półce cenowej zarządzania gestami i uruchamiania aplikacji przez rysowanie odpowiednich liter na wygaszonym ekranie. Nie ma oczywiście czytnika linii papilarnych (także dostępnego w wielu tańszych modelach).

To, co najbardziej mnie irytowało w K5, to bateria. Ma pojemność 2750 mAh i na pierwszy rzut oka powinna spokojnie wystarczać na cały dzień działania. I w zasadzie tak było. Ale kilka razy zdarzało się, że telefon który miał 50-60 proc. baterii zostawiony np. na noc lub wyjęty po dłuższym nieużywaniu z kieszeni plecaka, nie chciał się włączyć. Udawało się to dopiero po podłączeniu go do ładowarki, a bateria okazywała się nie wiedzieć czemu rozładowana… To sprawiało, że nie mogłem mieć pewności, czy np. K5 obudzi mnie rano albo będzie mi służył przez cały dzień. Takie błędy w telefonie za 999 zł po prostu nie powinny się zdarzać.

Po trzecie - aparat

Ok. Cały czas pamiętam, że to nie jest najwyższa półka i ani mi w głowie porównywanie go do Samsunga Galaxy S7 albo LG G5. Ale przez moje ręce przeszło mnóstwo telefonów kosztujących ok. 1000 zł, które robią o niebo lepsze zdjęcia niż Lenovo K5. Dość powiedzieć, że podczas wakacyjnej wycieczki w Pieninach wyjąłem ten telefon tylko raz. Bo choć warunki do robienia zdjęć były wręcz idealne - piękne słońce bez żadnej chmury - to jednak gdy zobaczyłem, jakie są efekty pracy 13 mpx kamery, natychmiast schowałem telefon głęboko do plecaka. Zdjęcia były nieostre, dziwnie rozmyte i zamglone. Słabiutko prezentuje się też przednia kamerka - pokolenie Snapchata nie będzie nią zachwycone.

Ktoś może powiedzieć, że się czepiam i traktuję ten telefon niesprawiedliwie. Ale jeśli żąda się za K5 tysiąc zł (bez złotówki), to należy dać coś w zamian. Gdyby cena tego smartfona wynosiła np. 600 zł (bez złotówki), to można byłoby przymknąć oczy na jego słabe strony. Ale niestety - K5 kosztuje sporo więcej niż popularne i bardzo dobre średniaki innych firm, a zamiast być od nich lepszy, jest wyraźnie słabszy.